W walce o swoje (dobro)?

Na koniec 2015 roku w Polsce istniało 481 centrów handlowych o łącznej powierzchni 11 milionów metrów kwadr. Średnia cena najmu za metr kwadr. w galerii kształtuje się na poziomie od 40 do 60 euro. W stolicy stawka ta wzrasta dwukrotnie do rekordowej kwoty od 120 do 140 euro za metr kwadr. prestiżowych obiektów – Galerii Mokotów lub Złotych Tarasów. Szacuje się, że w roku ubiegłym zatrudnionych w centrach (z wyłączeniem osób obsługujących galerię) było około 360 tys. osób. Z prostego rachunku wynika, że franczyzobiorca marki odzieżowej (ponieważ 41% stanowi ten model biznesowy) płaci właścicielowi centrum od kilku do kilkunastu tys. euro miesięcznie za najem lokalu o powierzchni co najmniej 100 metrów kwadr. Pracownicy sklepu sieciowego są postawieni przed nie lada zadaniem, ponieważ ich praca – sprzedawcy musi przynosić wymierne efekty w postaci zrealizowanych targetów sprzedażowych na pokrycie kosztów czynszu w każdym miesiącu. A zatem na ile wycenia się pracę zatrudnionych asystentów sprzedaży w polskich i zagranicznych koncernach odzieżowych? Na jakich warunkach są oni zatrudnieni? Jaki jest punkt widzenia pracujących dla branży „jak cię widzą tak cię piszą”?
Przyszedł czas najwyższy, aby odpowiedzieć na pytanie: dlaczego zarobki pracowników zatrudnionych w markach sieciowych branży fashion są niskie?

„Dobre, bo polskie” produkty mają rzeszę wiernych fanów w Europie Środkowo- Wschodniej. Polska grupa odzieżowa LPP pnie się po drabinie sukcesu i nie ma sobie równych w kraju. Posiadając prawie 1000 stacjonarnych sklepów w ojczyźnie, swoje teraźniejsze działania koncentruje na zagranicznej ekspansji.
W roku ubiegłym polski gigant odzieżowy otworzył największy flagowy sklep marki RESERVED o powierzchni 3.900 metrów kwadratowych w Stuttgarcie. Jest to pierwszy tak duży concept w 21-letniej historii koncernu. RESERVED kontynuuje dobrą passę i bieżący rok powitała bardzo hucznym otwarciem pierwszego punktu w Zjednoczonych Emiratach Arabskich. Jest się czym chwalić, a jak mówi głos współczesnego pokolenia: „wszystko, co najlepsze jest dopiero przed nami”. Pod tymi słowami podpisuje się zarząd grupy LPP, który widzi przyszłość w różowych barwach. Za najem powierzchni handlowej przy jednej z najbardziej prestiżowych ulic na świecie Oxford Street w Londynie, zamierza zapłacić bagatela 275 milionów złotych za okres 10 lat.
Ludzie sukcesu twierdzą, że należy wziąć byka za rogi i realizować swoje marzenia, gdyż do odważnych świat należy. Powinno paść pytanie: czy gdańska grupa LPP przemyślała swoje działanie i nie stąpa po cienkim lodzie na jednym z najbardziej niestabilnych rynków? Za 2015 rok grupa odnotowała 84 miliony złotych zysku netto. Jest to spadek o 31 milionów złotych w porównaniu do roku 2014. LPP zaciska jednak pasa i konsekwentnie realizuje politykę racjonalnego zarządzania kosztami. Wynagrodzenia dla blisko 20.000 pracowników sześciu marek stanowią 25 proc. rocznego budżetu. Spory kawałek tortu? Tylko pozornie, ponieważ szeregowy pracownik najniższego szczebla otrzymuje 7 złotych netto na godzinę na umowie zleceniu.
Mówi się, że siódemka to szczęśliwa cyfra, wszakże z takim godzinnym wynagrodzeniem naszej rozmówczyni nie jest do śmiechu. Pracuje jako sprzedawca w jednym ze sklepów marki SiNSAY należącej do grupy LPP. Zatrudniona jest w niepełnym wymiarze godzin na umowie zleceniu. Wypracowane nadgodziny są rozliczane jako dni wolne od pracy w kolejnym miesiącu. Z okazji świąt lub urodzin przysługują jej bony uprawniające do 40 proc. zniżki na zakupy w sieci. Otrzymała pracowniczy uniform – koszulkę z krótkim rękawem za który nie musiała zapłacić. 7 złotych „na rękę” za godzinę pracy jest normą dla marki Top Secret. Nasze źródło pracuje 40 godzin w miesiącu na umowę-zleceniu. Nie otrzymuje ubioru roboczego jak również nie obowiązuje ją system premiowy. Nadgodziny są „dodatkowo płatne”, a raz w miesiącu przysługuje jej zniżka 50 proc. na zakupy do 200 zł. O zdanie na temat warunków wynagrodzenia zapytaliśmy inną pracownicę zatrudnioną na stanowisku dekoratora dla młodzieżowego brandu SiNSAY. Pracuje na pełnym etacie na umowie o pracę. Otrzymuje miesięczne wynagrodzenie wynoszące 1.750 złotych netto. Jeżeli zespół zrealizuje miesięczny target, to otrzymuje premie uznaniowe: 150 zł brutto dla sprzedawcy, natomiast dekorator dostaje – 350 zł brutto, a kierownik – 550 zł brutto. Posiada również zniżkę pracowniczą za którą musi dodatkowo płacić. Na kwartał otrzymuje ubiór od pracodawcy – bezpłatne 2-3 t-shirty oraz biżuterię.
Polski rynek odzieżowy podzielony jest na trzy główne segmenty. Do pierwszego z nich należą marki z rodzimym rodowodem, produkujące ubrania oraz dodatki poza granicami naszego kraju. Sztandarowym przykładem jest grupa LPP fabrykująca w Azji. Reprezentantem drugiego są marki z całościowym kapitałem zagranicznym. Dobrym odpowiednikiem jest szwedzka grupa H&M posiadająca w swoim portolio marki: H&M, COS lub & Other Stories. Z końcem 2015 roku grupa posiadała 3.924 sklepów w 61 krajach. Zatrudniała 148.000 osób. W bieżącym roku zamierza otworzyć 400 nowych punktów sprzedaży. A co pracownica H&M’u ma do powiedzenia na temat wykonywanej pracy?
Jest asystentką sprzedaży zatrudnioną na 3/4 etatu na umowę o pracę. Co miesiąc otrzymuje „około 1.000 złotych netto”. Nie posiada uniformu pracowniczego, jednakże system premiowy jest rozbudowany. Otrzymuje bony na zakupy z okazji przypadających świat lub wakacji oraz stały rabat – 25 proc. na zakupy w sieci i łączący się z innymi promocjami. Nadgodziny są rozliczane jako dni wolne od pracy.
Ciekawie rysuje się perspektywa pracy dla osób zatrudnionych w hiszpańskiej grupie Inditex posiadająca 272 sklepy w Polsce. W pierwszej trójce są to: Stradivarius – 76 punktów sprzedaży, Bershka – 56 oraz ZARA – 49 oddziałów.
Przeprowadziliśmy rozmowę z pracownicą ZARY zatrudnioną w pełnym wymiarze – 160 godzin i na umowie o pracę. Otrzymuje wynagrodzenie rzędu 2.504 zł brutto z wliczoną premią, której wartość jest zależna od zrealizowanego dziennego targetu sprzedaży. Każdy pracownik ZARY posiada kartę rabatową uprawniającą do zakupu odzieży lub dodatków z 25 proc. ulgą. Pracownicy – sprzedawcy zatrudnieni na pół etatu mają roczną pulę 6.000 zł do wykorzystania. Za taką maksymalnie kwotę mogą zrobić łącznie zakupy z uwzględnieniem zniżki. Nasza rozmówczyni posiada limit 10.000 zł. Marka jest dość szczodra, ponieważ przyznaje bony o wartości 50 zł i 100 zł z okazji świąt oraz zapewnia pełny uniform pracowniczy – garnitur (marynarkę i 1-2 pary spodni), 2-4 bluzki oraz parę butów.
Czy jest to opłacalna praca? Marka ZARA ma wiele do zaoferowania swoim pracownikom, ponieważ w wydanym przez grupę Inditex komunikacie informuje, że: „w bieżącym roku grupa zamierza przeznaczyć kwotę 500 milionów euro na premie uznaniowe, bonusy oraz prowizje od sprzedaży dla swoich pracowników”.

Uzasadnionym jest zadanie pytania: kto zarabia pracując w sieciowym sklepie stacjonarnym? Według zestawienia opracowanego przez znawcę tematu, Michała Zaczyńskiego sowite wynagrodzenie przypada kierownikowi jednego z trzech działów (kobieta, mężczyzna, dziecko) polskiego brandu – 12.000 zł netto. W dzisiejszych czasach obecność marek sieciowych na rodzimym rynku budzi wątpliwości. W 1999 roku miało miejsce otwarcie pierwszego sklepu marki ZARA i wzbudziło ono zachwyt społeczeństwa, a galerie handlowe zaczęły niewinnie pojawiać się w dużych polskich aglomeracjach. Aktualnie wyrastają one jak grzyby po deszczu, również w mniejszych miejscowościach. Każdy z koncernów mody zwiększa całościową powierzchnię użytkową swoich marek od kilka do kilkunastu proc. rok do roku.
Przykrym jest stwierdzenie, że osoby, które w pocie czoła realizują z powodzeniem politykę sprzedaży marek sieciowych zarabiają najmniej, jednakże 60% Polaków dokonuje zakupów w „sieciówkach”, odwiedzając galerię od jednego do dwóch razy w miesiącu.
Jaki rysuje się przed nami scenariusz? Dobra passa dla rozwoju centrów handlowych trwa. W minionym roku powstało 27 nowych obiektów handlowych, a 18 uległo rozbudowie. Na bieżący rok zaplanowane są kolejne inwestycje. Dla szeregowych pracowników najniższego szczebla pojawiło się światełko w tunelu i ich sytuacja zmierza ku poprawie. Sejm przyjął projekt ustawy zakładający podniesienie od 1 stycznia 2017 roku godzinowej stawki pracy do 12 złotych brutto dla zatrudnionych na umowie-zleceniu.

Alicja Szablewska

Monogram Magazine i ja

Doczekałam się i ja. 🙂

Najnowsze wydanie ekskluzywnego magazynu Monogram otwiera mój artykuł o segmencie haute couture  w XX wieku – „Haute couture wczoraj i dziś”.

PicMonkey Collage

Nie posiadałam się z radości, kiedy otrzymałam propozycję współpracy z wrocławską redakcją, ponieważ forma lifestyleowego magazynu oraz mój konik – moda XX wieku są mnie bliskie. Tym bardziej raduje się moje serce patrząc na autorską publikację… aż 9 stron należy do mnie.

PicMonkey Collage1

Zaciekawieni? Zainteresowani? Zapraszam do salonu Empik, aby zapoznać się lepiej z moim piórem.

Alicja Szablewska

O kobiecie, do której należy ostatnie słowo. Wywiad z Anią Kruk!

12291772_10207759549925499_4034402568636179549_oTo było bardzo miłe spotkanie. Kilka tygodni temu, w grudniowy poranek spotkałam się z Anią Kruk w bardzo przytulnym miejscu. Poznańska restauracja ‚Bagels & Friends‚, gorąca kawa, gwarne rozmowy i MY. Po ponad dwóch godzinach wymiany poglądów, wyłączyłam dyktafon i pomyślałam: „Uff, mam świetny materiał na wywiad” dla magazynu on-line FashionBiznes.pl.

Rodzinna firma Kruków jest obecna na rynku od 175 lat, jednakże w 2008 roku natrafiła na opór. Pierwszy raz w historii polskiej Giełdy Papierów Wartościowych miało miejsce tak zwane „wrogie przejęcie”. Grupa Kruk SA znalazła się w obcych rękach i od ośmiu lat należy do grupy Vistula & Wólczanka.
Mawia się, że nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło… i na arenę wkroczyła Ania Kruk z autorską marką biżuteryjną. Wówczas prowadziła ustabilizowane życie w Barcelonie i pracowała dla Google, wszakże postanowiła ratować rodzinną markę z opresji. Jak jej to wyszło?
Zapraszam do przeczytania inspirującego wywiadu z kobietą, która nie wypowiedziała jeszcze ostatniego słowa.
O narodzinach marki, ekspansji na Bliskim Wschodzie i planach na przyszłość w ujęciu Ani Kruk.

Alicja Szablewska

Niby nic, a tak to się zaczęło. Po trzech latach obecności na polskim rynku marka Ania Kruk posiada 10 sklepów. Jak narodził się pomysł na nowy biznes?

Nasza marka jest specyficznym przykładem sukcesji w Polsce. Kontynuujemy rodzinną tradycję, zakładając nową firmę ANIA KRUK. Mówimy tu o tradycji przekazywanej od pięciu pokoleń: mój pradziadek Władysław Kruk odziedziczył warsztat po Leonie Skrzetuskim, potem był nasz dziadek Henryk, tata – Wojciech Kruk, który mały warsztat rozwinął do sieci kilkudziesięciu sklepów w całej Polsce, a teraz na scenę wkroczyliśmy my – mój brat Wojtek oraz ja.
Dlaczego w ten sposób? To był moment, w którym szukaliśmy pomysłu na założenie nowej firmy w związku z zawirowaniami, które działy się na linii W.Kruk – Vistula. Chcieliśmy zacząć na nowo, stworzyć markę biżuterii, ale która nie byłaby konkurencją dla W. Kruka. Firmę, która opiera się na wartościach rodzinnych, jest autentyczna. Jaki mieliśmy pomysł na produkt? Biżuterię do noszenia na co dzień, nie tylko na wielkie wyjścia. ANIA KRUK to marka młoda, lekka, nie do końca poważna. Oparta na autentycznej pasji i zabawie modą. Chcę być blisko moich klientek, chcę, żeby nasza biżuteria dawała im radość, przyjemność z jej noszenia.

Z miłości do piękna tworzą się wspaniałe rzeczy, a w projektowanie i tworzenie biżuterii wkładasz całe swoje serce. Co sprawia, że marka Ania Kruk ewoluuje?

źródło: materiały prasowe

źródło: materiały prasowe

Dla mnie największą inspiracją są ludzie. Osobiście nie wierzę w projektowanie nad pustą kartką papieru lub w historie, że ktoś podczas pobytu w Hiszpanii zainspirował się wzorem płytki, który przełożył na kolekcję biżuterii. Uważam, że projektant jest osobą, która powinna być maksymalnie skoncentrowana na swoich klientach i ludziach, którzy go otaczają. Powinien szukać inspiracji w życiu codziennym, zgadywać potrzeby ludzi.
Obserwuję to, co kobiety noszą, jak się ubierają, w jaki sposób żyją. Dla mnie, jedną z inspiracji mogą być młode kobiety, które pracują w dużych firmach, dla przykładu: ile godzin spędzają w pracy? Ile mają spotkań biznesowych w ciągu dnia? Co chcą komunikować sobą w pracy, z jakiej strony się pokazać? Myślę o ich formalnym dress code’dzie. Na drugim biegunie leżą kolekcje wieczorowe. Zastanawiam się, co pasowałoby do długiej sukienki? Co chciałaby założyć młoda dziewczyna na studniówkę? W jaki sposób zestawiać ze sobą biżuterię? Czy chcę zaprojektować mocny łańcuch, talizman siły kobiecej czy pójść w stronę delikatnego serduszka, które chłopak kupi swojej dziewczynie z okazji pierwszej rocznicy? Biżuteria to ludzie i ich historie. Emocje, zaklęte w przedmioty. Moje emocje, ale przede wszystkim emocje moich klientów i klientek.

Karl Lagerfeld uważa, że inspirację należy czerpać ze świata nas otaczającego. A co Ciebie inspiruje?

Obserwuję to, co dzieje się dokoła mnie. Dla mnie bardzo ważny jest moment analizy. Wczytuję się w wyniki sprzedażowe, robię tabele i zestawienia, patrzę w którym kierunku podąża moda. Przecież największym wyrazem uznania jaki klientka może dać marce jest zakup jej produktów. Dlatego spoglądając w tabelki, widzę konkretnych ludzi, którzy wybrali konkretne wzory. Zawsze wiem, który model kolczyków w danym miesiącu jest hitem lub która kolekcja w danym sezonie cieszy się największą popularnością. Z drugiej strony, bardzo istotne są dla mnie wartości marki. Muszą być widoczne w produkcie, ale też w sposobie, z jakim komunikujemy się z otoczeniem, w jaki mówimy do klienta. Jednym słowem spójność.

Jak wygląda proces tworzenia sezonowej kolekcji?

Przede wszystkim ANIA KRUK wprowadza kilka kolekcji w sezonie. Więc przygotowanie całego sezonu zaczynam od analizy (znowu!). Planuję, ile kolekcji chciałabym wprowadzić, dzielę asortyment na grupy produktowe, i podejmuję decyzję: w tym obszarze potrzebuję dwóch kolekcji, w tym obszarze tylko jednej. Dopiero potem siadam nad kartką papieru i zaczynam szkicować. Albo często wracam do pomysłów, które już wcześniej miałam gdzieś odłożone, zachowane na później.
Proces tworzenia kolekcji jest długi, ale nie aż tak, jak w branży odzieżowej, która żyje w szalonym rytmie światowych fashion weeków. Dla przykładu: pracę nad sezonem świątecznym rozpoczęliśmy w marcu. Przygotowania do Gwiazdki (w tej branży to najważniejszy miesiąc w roku) trwają dziesięć miesięcy, a i tak brakuje na wszystko czasu.

Chcieliśmy stworzyć markę egalitarną w swoim charakterze. ANIA KRUK jest dla każdej kobiety. Nie jesteśmy galerią autorską, nie skupiam się na jednej estetyce i jednym rodzaju biżuterii. Każda moja grupa produktowa reprezentuje pewien typ klienta na mojej mapie. Na tę bazę wynikającą z analizy nakładają się moje wizje lub pomysły i gust klientek, który kształtuje naszą ofertę. Jestem bardzo skoncentrowana na stylu życia współczesnej kobiety. Chciałabym, żeby biżuteria i moda dostosowały się do niej aniżeli ona musiałaby się naginać do mody. Chociaż z drugiej strony – lubię jej podpowiadać pewne rozwiązania.

źródło: materiały prasowe

źródło: materiały prasowe

Czyli edukujesz swoje klientki?

Czasami. Do moich klientek mówię: Spójrz jak fajnie wyglądają te kolczyki z naszyjnikiem z tamtej kolekcji. Aktualnie, robimy bardzo dużo sesji lookbookowych, które są nowatorskim rozwiązaniem w segmencie biżuterii. To dla mnie ważne, to buduje świat marki. Pokazujemy biżuterię na człowieku, ponieważ na białym tle, lub nawet na najpiękniejszym ekspozytorze w butiku, będzie jednak wyglądać dosyć smutno.

Dla kogo tworzysz swoją biżuterię? 

Patrząc na markę z biznesowego punktu widzenia, od samego początku adresujemy nasz produkt do szerokiej grupy klientów, ponieważ zakładaliśmy, że ANIA KRUK będzie miała swoje butiki w centrach handlowych.
Początkowo postawiliśmy na pewien styl, który okazał się zbyt małą niszą, żeby móc rozwijać firmę tak, jak byśmy chcieli. Po pierwszym roku działania zmodyfikowaliśmy strategię, poszliśmy w innym kierunku. To ważne, żeby umieć być elastycznym i nie wahać się wprowadzać zmiany, jeśli pierwotna koncepcja się nie sprawdza.

Biżuterię tworzę dla bardzo różnych klientów. W naszych butikach kupuje zarówno matka jak i córka. Nawet babcie. Lubię obserwować nasze międzypokoleniowe klientki, to bardzo miłe, kiedy matka z córką wspólnie robią zakupy, naradzają się, wybierają prezenty.

Z kim współpracujesz podczas powstawania kolejnych kolekcji? 

Współpracuję z całym zespołem. Przy powstawaniu kolekcji liczy się dobrze przygotowana część analityczna, jak również kreatywne i inspirujące rozmowy z naszym AK-teamem*, feedback od dziewczyn z naszych butików. W fazie produkcyjnej liczy się wsparcie techniczne: nie byłabym w stanie funkcjonować bez technologów oraz złotników, którzy moje rysunki potrafią przenieść na formy przestrzenne. Czasami się śmieję, że oni potrafią czytać w moich myślach.

Czy łatwiej jest Ci tworzyć własną markę czy odbudowywać rodzinny biznes?

Nasza rodzinna marka ma gen przetrwania. Jeżeli coś się posypie, to zaczynamy budować firmę od nowa. Dziadek Henryk tracił wszystko i zaczynał od zera dwukrotnie – w czasie wojny oraz potem, w okresie komunizmu. W życiu napotykasz na różne zakręty, ważne jest to, by iść dalej, tworzyć coś fajnego, i czerpać satysfakcję z tego, co robisz. Ja na pewno nigdy nie stworzyłabym własnej marki biżuteryjnej, jeżeli historia z przejęciem W. Kruka przez Vistulę & Wólczankę nie miałaby miejsca. A teraz nie wyobrażam sobie ciekawszej i fajniejszej dla mnie pracy!

W Tobie jest siła marki?

To jest gra zespołowa. Siła marki jest w ciekawej historii, w pasji i zaangażowaniu, z jaką ją tworzymy. Nie tylko ja ją buduję, ale również mój brat Wojtek i cały zespół. Szczególnie ludzie, którzy nam zaufali, i są z nami od początku – a przecież 4 lata temu zaczynaliśmy w piwnicy w domu moich rodziców! Naprawdę na początku to wymagało dużej wiary w nas i odwagi, żeby powiedzieć: idę za nimi!
Teraz mamy piękne butiki w Polsce i za granicą, uporządkowane procesy w firmie, ale wtedy to była jazda bez trzymanki. Zaczynaliśmy w trudnym dla naszej rodziny momencie.

źródło: materiały prasowe

źródło: materiały prasowe

Duży plus za odwagę. Miałaś ustabilizowaną sytuację. Mieszkałaś w Barcelonie i pracowałaś dla Google, a jednak rzuciłaś się na głęboką wodę.

Miałam 25 lat kiedy założyliśmy firmę. Mój brat był lepiej przygotowany do prowadzenia nowego biznesu. Prowadził wcześniej kilkanaście samodzielnych projektów: w Japonii, Chinach lub Hiszpanii, pracował w szwajcarskiej Omedze.
Ja przez pierwszy rok swojej pracy, w dużej mierze uczyłam się na własnych błędach. Było to niezwykle wartościowe doświadczanie. Mam wrażenie, że każdego roku jestem o lata świetlne dalej, lepiej znam branżę, produkt, lepiej prowadzę zespół.

Jak oceniasz kondycję polskiej branży biżuteryjnej?

W Polsce rynek biżuteryjny jest specyficzny. W latach 90., swoje biznesy rozwinęło trzech polskich graczy i to te marki mają do dziś dominującą pozycję na rynku: Apart, W. Kruk, Yes. Co ciekawe, wszystkie marki są z Poznania. Bardzo mocno depcze im po piętach Jubitom, jak również kataloński Tous, który w zeszłym roku otworzył kilkanaście swoich butików.
Wejście do galerii handlowych, gdzie skoncentrowany jest handel w Polsce, wiąże się z dużymi kosztami. Dlatego istnieje pewna bariera wejścia na rynek. Niższe koszty i większą szansę dla nowych marek widzę w sprzedaży online. E-commerce rozwija się niesamowicie szybko, a prowadzenie takiej działalności wiąże się ze stosunkowo niskimi kosztami, dlatego możemy teraz obserwować prawdziwy wysyp polskich, młodych projektantów. Nowe nazwiska pojawiają się co miesiąc. Prowadzą działania w sieci, otwierają showroomy w mieszkaniach, sprzedają na targach dizajnu, wystawiają swoje projekty na platformach skupiających młode marki. Ile z tych marek przetrwa? Nie wiem. W sieci konkurencja jest ogromna. W internecie nikt sam cię nie znajdzie, nie wpisze sam z siebie Twojego nazwiska w Google. Musisz zainwestować w marketing, mieć pomysł na promocję. I znów wracamy do tego samego: trudno jest się przebić i rywalizować mniejszym markom z markami o tak ogromnym budżecie marketingowym, jakim dysponuje na przykład Apart.

Co skłoniło Cię do tego, aby rozpocząć ekspansję na zagranicznym rynku?

Jesteśmy w prawie wszystkich największych miastach Polski. Brakuje nam tylko Trójmiasta
i Wrocławia. Na razie wstrzymaliśmy się z otwarciem butików w kraju, ponieważ nasze działania koncentrujemy na Bliskim Wschodzie oraz sprzedaży internetowej – właśnie pojawiła się nasza nowa strona, zadebiutowaliśmy również w Strefie Marek na Allegro.
ANIA KRUK jest na etapie, kiedy dziesięć butików, które posiadamy w Polsce optymalizują koszty prowadzonego przez nas biznesu. Cały czas otrzymujemy oferty z zagranicy – czy chcielibyśmy otworzyć butik w Norwegii, na Słowenii, w Hiszpanii. Jednak, żeby miało to dla nas sens, chcieliśmy zacząć takie działania z partnerem, który miałby potencjał na zbudowanie całej sieci, otwarcie większej ilości butików. Dlatego zdecydowaliśmy się na Bliski Wschód. To bardzo atrakcyjny rynek z punktu widzenia biznesowego. A do tego biżuteria jest bardzo istotna w kulturze arabskiej.
W Katarze można znaleźć wszystkie ekskluzywne marki: Tiffany, Cartier, Dior, Balmain. A czego im brakuje? Średniej półki. Zwiedzając centra handlowe w Dosze, nie znalazłam sklepu, który oferowałby taki produkt jak nasz. Odnoszę wrażenie, że znaleźliśmy niszę, wyróżniamy się na tamtejszym rynku i już planujemy otwarcie kolejnego butiku na wiosnę.

źródło: materiały prasowe

źródło: materiały prasowe

Który rynek jest dla Ciebie ważniejszy? Polski czy zagraniczny?

Polski rynek to nasze korzenie, baza podstawa. Bliski Wschód, dopóki nie zbudujemy tam mocnej pozycji, pozostaje eksperymentem. Szaloną przygodą, która ma wszelkie pozory i potencjał, by rozwinąć się w coś bardzo poważnego.

Nowy Rok za pasem. Jakie są plany rozwojowe na kolejne miesiące?

Jeżeli mówimy o planach na 2016 rok to na pewno jest to rozwój naszego świata online. Kładziemy nacisk na rozwój e-commerce oraz dalszą ekspansję na rynku bliskowschodnim i aktualnie nie planujemy rozwoju marki na innych rynkach zagranicznych. I jest jeszcze jedna ciekawa współpraca, którą ogłosimy na wiosnę, ale nie mogę jeszcze zdradzać szczegółów. Będzie o nas głośno!

Jesteś aktywną kobietą, „bo ciągle pojawia się coś nowego do zrobienia”. Nad czym aktualnie pracujesz?

Robię analizy roku 2015 i tworzę strategię dla rozwoju marki na kolejne sezony.

Światowa kobieta. Pasjonatka. Projektantka. Businesswoman. Dyrektor kreatywna. Kim jest Ania Kruk w oczach samej siebie?

źródło: materiały prasowe

źródło: materiały prasowe

Myślę, że jestem tą samą osobą, którą byłam kilka lat temu, choć bardziej doświadczoną i mądrzejszą. Na pewno jestem osobą bardzo ciekawą świata oraz ludzi i jest to motor napędzający wszystkie moje działania. Etykietka projektanta jest dla mnie trochę za ciasna, ponieważ ja projektuję biżuterię, markę, komunikację – czyli zakres bardzo szeroki. Jestem dyrektor kreatywną i przedsiębiorcą, menedżerem. Rola artystyczna zawiera się w funkcji dyrektora kreatywnego. To jest właściwe sformułowanie i we właściwy sposób definiuje moją rolę, czyli dbanie o spójność procesów kreatywnych, od produktu przez komunikację, od e-commerce przez doświadczenie marki w butikach, czyli są to wszystkie procesy, którymi zajmuję się na co dzień.

O czym marzy Ania Kruk?

Marzę o tym, żeby mieć więcej czasu i żeby doba była trochę dłuższa. Marzę o tym, żeby biżuteria ANIA KRUK była dostępna dla każdej kobiety w Polsce. Chciałabym naszym klientkom przekazać moją pasję i zaangażowanie, które my wkładamy w prowadzenie biznesu, przekazać nasze emocje i energię. Na Instagramie jest więcej zdjęć z hashtagiem#aniakruk opublikowanych przez nasze klientki niż przeze mnie. Wiesz co to oznacza? Że to one tworzą świat ANI KRUK. I to jest w tym wszystkim najpiękniejsze.

*AK-team: zespół Ani Kruk pracujący nad powstaniem kolekcji biżuterii.