Jak moda i jedzenie zwarły szyki w przemyśle odzieżowym?

Halina Kunicka śpiewała: „Lato, lato, lato czeka”. Choć do kalendarzowego lata brakuje kilku dni, to zwiewne mini lub maxi sukienki nosimy z powodzeniem od kilku tygodni. W bieżącym sezonie jest przyzwolenie na odważne prezentowanie trendu mody: „chodzę w tym, na co mam ochotę”, a zatem zabawa z modą jest na wyciągnięcie ręki.
Choć ta idea może nas przerażać, ponieważ staramy się prezentować nienagannie i nie narażać na krytykę, jednakże historia mody zna wiele ciekawych przykładów, kiedy projektanci podchodzili do prezentowania mody z przymrużeniem oka. Ekscentryczna Elsa Schiaparelli przygotowała dla księżnej Windsoru, Wallis Simpson, suknię w homarowy wzór w 1937 roku. O ile nie posiadamy informacji, jak królewski dwór przyjął oryginalną kreację księżnej, o tyle motyw jedzenia i mody tworzy smakowitą kompozycję i na stałe zagościł w naszym menu.
Szał na fotografowanie jedzenia ogarnął nas wszystkich. Kto z nas ma znajomych publikujących zdjęcia jedzenia na portalach społecznościowych, niech podniesie rękę do góry. Moda na jedzenie ogarnęła świat, a jaka jest zawartość jedzenia w modzie? Czy są to tylko ubrania z naniesioną aplikacją na przykład: lodów? A może przemysł mody lubi wykorzystywać taką kooperację dla wielu aktywności, bo sprzedaje się one jak gorące bułeczki?

Jednym z najgorętszych trendów ostatnich lat jest bycie fit, toż w zdrowym ciele jest zdrowy duch. Polacy stadnie uprawiają sporty nie wymagające zakupu profesjonalnego sprzętu, lecz nie żałują pieniędzy na dobre jakościowo obuwie sportowe. Według raportu „Rynek artykułów i odzieży sportowej w Polsce 2015. Analiza rynku i prognozy na lata 2015-2020” opracowanego przez firmę konsultingową PMR „odzież jest największym wartościowo segmentem rynku (41% w 2015 roku)”, natomiast „najszybszy wzrost jest notowany w kategorii obuwia sportowego (25% wartości rynku w 2015 roku)”. Pamiętajmy jednak, że nasze starania o wymarzoną sylwetkę na nic się zdają jeżeli w naszym menu nie mamy zbilansowanej diety. Choć możemy zyskać podziw i uznanie w oczach naszych bliskich stosując rozmaite diety „cud” i spalając kalorie w pocie czoła, jednakże dyrektor kreatywny włoskiego domu mody Moschino, Jeremy Scott jest odmiennego zdania i promuje modę na niezdrowy lifestyle. Dla kolekcji capsule na sezon jesień-zima 2014|15 zaproponował 10 modeli ubrań i akcesoriów z bardzo widocznym logo McDonald’s. Brzmi niedorzecznie? Znana bloggerka mody – Chiara Ferragani bardzo chętnie pozowała do zdjęć z wartą 1.265 dolarów czerwoną torebką z charakterystyczną żółtą literą M. Modzie na fastfoodowy look również uległa polska modelka Joanna Horodyńska. Słów nie rzucam na wiatr i serwuję kolejny przykład. Francuska marka Colette nawiązała współpracę z fastfoodowym liderem i w roku ubiegłym wypuściła limitowaną edycję spikselizowanych koszulek i innych akcesoriów (saszetek, szalików i pokrowców na telefony komórkowe) inspirowaną sławnym Big Makiem oraz frytkami. Dla świata mody było to sporym zaskoczeniem, że marka kreująca lifestyle naśladowany przez ludzi z całego świata weszła w niecodzienną współpracę. Z drugiej strony nie powinno być to dla nas dłużej zaskoczeniem jeżeli restauracje McDonald’s sprzedają dziennie 2.000.000 posiłków w samej Francji.

Wspomniany Jeremy Scott nie pomylił się przewidując, że trend z fast foodem i modą w tle zyska na popularności, ponieważ francuski dom mody BALMAIN dla kampanii reklamowej na sezon wiosna-lato 2015 umieścił czołowe modelki, między innymi Adrianę Limę czy Rosie Huntington-Whiteley w kreacjach wartych tysiące złotych… zajadające się burgerami. Olivier Rousteing, dyrektor kreatywny marki premium wybrał nietypową formę promocji dla swojej kolekcji, ponieważ jest zdania, że „nie możesz jeść kawioru każdego dnia”. Czy moda na „codzienność” lub „rutynę” jest zjawiskiem normalnym w czasach wszechobecnej hipsteryzacji?
Karl Lagerfeld zaprezentował kolekcję na sezon jesień-zima 2014|15 w paryskim Grand Palais ucharakteryzowanym na wnętrze supermarketu. Cara Delevingne i Kendall Jenner dumnie prezentowały modele torebek przypominające do złudzenia kartony po mleku kokosowym lub owinięte w folię spożywczą jak porcja drobiu. Opakowanie ryżu basmati z podwójną literą C lub „Little Black Tea” dla każdego? Taka prezentacja tematu pretenduje to bycia najpopularniejszą na kontach użytkowników Instagrama po dzień dzisiejszy. Modele torebek z tejże kolekcji (pomimo zawrotnych cen od 3.600 do 8.800 dolarów) sprzedawały się jak gorące bułeczki. Anna Dello Russo (konsultantka mody dla japońskiego wydania magazynu Vogue) pozowała z metalowym, podręcznym koszykiem spożywczym za bagatela 12.500 dolarów.
Dla fashionistów i entuzjastów mody nie ma znaczenia ile płacimy za daną rzecz. Dla nich ważna jest przynależność do konkretnej subkultury lub możliwość utożsamiania się z konkretną marką fashion. Dyrektor artystyczny domu mody Chanel, Karl Lagerfeld wykorzystuje tą możliwość do cna. Dwukrotnie, w roku 2010 i 2011, wziął udział w akcji promującej swój wizerunek na puszkach dietetycznej coca-coli. W tej współpracy należy się doszukiwać drugiego dna. Według Nika Thakkara, specjalisty ds. brandingu marki Coca-Cola, osoby pijące dietetyczną „colę” mają wiele wspólnego z modą. Były dyrektor kreatywny domu mody Dior, Raf Simons były zdziwiony jak gigantyczne ilości dietetycznej coca-coli są codziennie wypijane przez jego podwładnych. Marka spożywcza, która w rankingu magazynu Forbes zajęła 4. miejsce na liście 100 najbardziej znaczących marek w 2015 roku, chętnie nawiązuje współpracę z projektantami mody. Pierwsza miała miejsce w 1993 roku, kiedy do debiutu został zaproszony Matthew Williamson. Kolejnymi byli Jean Paul Gaultier, Marc Jacobs, marka Moschino. Natomiast Sophia Webster zaprojektowała linię butów z motywem puszki coca-cola na sezon wiosna-lato 2015 roku.
Tim Walker od dekady fotografuje sesje fashion dla międzynarodowych edycji magazynu Vogue, jednakże ze sztuką samą w sobie związany jest od 15 lat. W wykonywanej pracy niejednokrotnie wykorzystuje motyw jedzenia. Może się pochwalić fotografią Helena Bonham Carter w dostojnym stroju wzorowanym na kreacji królowej Elżbiety II i puszką coca-coli na głowie. Brzmi awangardowo? Nierealistycznie? Styliści przygotowują edytoriale szukając inspiracji w spuściźnie swoich przodków, a często żenią nowe i stare ujęcie tematu. Suto zakrapiany stół w mrocznej scenerii XIX-wiecznego ogrodu był tłem dla prezentacji kolekcji Christiana Lacroix w grudniowym wydaniu Vogue’a z 1996 roku. Duet włoskich projektantów Domenico Dolce i Stefano Gabbana szuka natchnienia w zasięgu ręki. Często prezentuje sezonowe kolekcje w bliskiej ich sercu scenerii – sycylijskiej restauracji lub w towarzystwie najbliższych podczas rodzinnego obiadu. Na zmysły damskiej części społeczeństwa mogą podziałać kampanie ukazujące młodych Włochów skąpo odzianych w szorty i bieliznę, a jednocześnie stołujących się w ristorante italiano lub kupujących świeże ryby na nadmorskim targu. Uff, zrobiło się gorąco, a ja poczułam się spragniona.
Chcąc ugasić swoje pragnienie, warto wybrać się na „małą czarną” do jednej z kawiarni sygnowanych logo projektantów mody. Kawiarnie Gucci lub Giorgio Armaniego zlokalizowane są przy autorskich butikach w Mediolanie. Ich wnętrza są skromne i nie odzwierciedlają tożsamości marki, w przeciwieństwie do wystroju kawiarni Prady bijącej wszystkie inne na głowę. Jest słodko, baśniowo, wykwintnie niczym w epoce Marii Antoniny. Jeżeli jednak kierujemy się w stronę Wielkiej Brytanii, to marka Burberry proponuje filiżankę gorącej herbaty parzonej tradycyjnie o godzinie piątej. Miłośników biblii mody ucieszy informacja, że w przyszłym miesiącu zostanie otwarta pierwsza kawiarnia Vogue’a w zachodniej części Starego Kontynentu, w Londynie.

Najlepszy kąsek zostawiłam na deser. Crème de la crème jest ciastko wzorowane kultowym modelem pomadki Chanel. Karl Lagerfeld pokazał się z najlepszej strony raz jeszcze opracowując słodki koncept, a wykorzystując swoją popularność do granic możliwości. Zdjęcie podpisane hashtagiem #Selfie #KarlLagerfeld #Foodie #FoodPorn przysporzy nam kilkunastu nowych zwolenników na platformie „must have” – Instagram. Fotografowanie jedzenia i publikowaniu zdjęć na portalach społecznościowych jest modnym trendem, a pochodząca z Bliskiego Wschodu projektantka mody Reema Al Banna sprytnie wykorzystała ogólnodostępne fotografie dla kolekcji cruise na sezon wiosna-lato 2016. Wtóruję słowom, że „inspirację można czerpać ze świata nas otaczającego, wystarczy mieć oczy szeroko otwarte”.

W Polsce moda na apetyczne ubrania nie sprzedaje się i jest to temat zarezerwowany dla rodzimych, oryginalnych conceptów aniżeli ich produkcja odbywa się masowo. Marka Pan Tu Nie Stał proponuje koszulki z krótkim rękawem z ziemniakami i schabowym w rolach głównych. Jeżeli czujemy się staromodni w tym aspekcie, bo kotlet w panierce wydaje się pospolity to dostępne są t-shirty ozdobione drukiem – kawałkami pizzy od marki Yeah Bunny. Dużo w tym temacie ma do powiedzenia brand Aloha From Deer wychodzący z propozycją dla odważnych – kombinezonem w burgery. Czy ktoś jest w stanie to przełknąć i odziać się w wołowe kotlety? Tak! Tylko dla dobrej zabawy. Proponuję skosztować spokojniejszego rozwiązania – koszulki z krótkim rękawem w misie-żelki.

Świat mody nie jest samodzielnie funkcjonującym tworem, którego lansowane trendy są pozbawione głębszego kontekstu. Świat kultury i sztuki lub polityki oraz ekonomii przeplatają się ze światowym rynkiem odzieżowym. Czyż nie jest to prawdą, że kryzys ekonomiczno-finansowy z 2008 roku spowolnił koniunkturę na całym świecie, a klienci klasy średniej zrezygnowali z zakupów u czołowych projektantów lub domów mody? Czy zawirowania na chińskim rynku finansowym mają przełożenie na malejącą sprzedaż dóbr luksusowym marek premium w Azji? Obydwie odpowiedzi są twierdzące, dlatego dla przykładu prezentowanie jedzenia i mody na talerzu sprzedaje się, bo ludzie zwyczajnie chcą być na czasie z tym, co jest modne tu i teraz. Jestem zdania, że jeżeli pomysł koszulek z logo McDonald’s przypisać polskiemu projektantowi to kolekcja przeszłaby bez echa i nie cieszyłaby się zainteresowaniem zagranicznych mediów.

Bardzo często słyszymy, że w dzisiejszych czasach chcemy „mieć”, aniżeli „być”, jednakże jeżeli masz znane nazwisko, to nie ma znaczenia, co nam serwujesz, bo świat ślepo będzie za tobą podążał. Zakończenie miało być smaczne, a wyszedł klops.

Alicja Szablewska

Oryginalny wpis: KLIKNIJ TUTAJ

W walce o swoje (dobro)?

Na koniec 2015 roku w Polsce istniało 481 centrów handlowych o łącznej powierzchni 11 milionów metrów kwadr. Średnia cena najmu za metr kwadr. w galerii kształtuje się na poziomie od 40 do 60 euro. W stolicy stawka ta wzrasta dwukrotnie do rekordowej kwoty od 120 do 140 euro za metr kwadr. prestiżowych obiektów – Galerii Mokotów lub Złotych Tarasów. Szacuje się, że w roku ubiegłym zatrudnionych w centrach (z wyłączeniem osób obsługujących galerię) było około 360 tys. osób. Z prostego rachunku wynika, że franczyzobiorca marki odzieżowej (ponieważ 41% stanowi ten model biznesowy) płaci właścicielowi centrum od kilku do kilkunastu tys. euro miesięcznie za najem lokalu o powierzchni co najmniej 100 metrów kwadr. Pracownicy sklepu sieciowego są postawieni przed nie lada zadaniem, ponieważ ich praca – sprzedawcy musi przynosić wymierne efekty w postaci zrealizowanych targetów sprzedażowych na pokrycie kosztów czynszu w każdym miesiącu. A zatem na ile wycenia się pracę zatrudnionych asystentów sprzedaży w polskich i zagranicznych koncernach odzieżowych? Na jakich warunkach są oni zatrudnieni? Jaki jest punkt widzenia pracujących dla branży „jak cię widzą tak cię piszą”?
Przyszedł czas najwyższy, aby odpowiedzieć na pytanie: dlaczego zarobki pracowników zatrudnionych w markach sieciowych branży fashion są niskie?

„Dobre, bo polskie” produkty mają rzeszę wiernych fanów w Europie Środkowo- Wschodniej. Polska grupa odzieżowa LPP pnie się po drabinie sukcesu i nie ma sobie równych w kraju. Posiadając prawie 1000 stacjonarnych sklepów w ojczyźnie, swoje teraźniejsze działania koncentruje na zagranicznej ekspansji.
W roku ubiegłym polski gigant odzieżowy otworzył największy flagowy sklep marki RESERVED o powierzchni 3.900 metrów kwadratowych w Stuttgarcie. Jest to pierwszy tak duży concept w 21-letniej historii koncernu. RESERVED kontynuuje dobrą passę i bieżący rok powitała bardzo hucznym otwarciem pierwszego punktu w Zjednoczonych Emiratach Arabskich. Jest się czym chwalić, a jak mówi głos współczesnego pokolenia: „wszystko, co najlepsze jest dopiero przed nami”. Pod tymi słowami podpisuje się zarząd grupy LPP, który widzi przyszłość w różowych barwach. Za najem powierzchni handlowej przy jednej z najbardziej prestiżowych ulic na świecie Oxford Street w Londynie, zamierza zapłacić bagatela 275 milionów złotych za okres 10 lat.
Ludzie sukcesu twierdzą, że należy wziąć byka za rogi i realizować swoje marzenia, gdyż do odważnych świat należy. Powinno paść pytanie: czy gdańska grupa LPP przemyślała swoje działanie i nie stąpa po cienkim lodzie na jednym z najbardziej niestabilnych rynków? Za 2015 rok grupa odnotowała 84 miliony złotych zysku netto. Jest to spadek o 31 milionów złotych w porównaniu do roku 2014. LPP zaciska jednak pasa i konsekwentnie realizuje politykę racjonalnego zarządzania kosztami. Wynagrodzenia dla blisko 20.000 pracowników sześciu marek stanowią 25 proc. rocznego budżetu. Spory kawałek tortu? Tylko pozornie, ponieważ szeregowy pracownik najniższego szczebla otrzymuje 7 złotych netto na godzinę na umowie zleceniu.
Mówi się, że siódemka to szczęśliwa cyfra, wszakże z takim godzinnym wynagrodzeniem naszej rozmówczyni nie jest do śmiechu. Pracuje jako sprzedawca w jednym ze sklepów marki SiNSAY należącej do grupy LPP. Zatrudniona jest w niepełnym wymiarze godzin na umowie zleceniu. Wypracowane nadgodziny są rozliczane jako dni wolne od pracy w kolejnym miesiącu. Z okazji świąt lub urodzin przysługują jej bony uprawniające do 40 proc. zniżki na zakupy w sieci. Otrzymała pracowniczy uniform – koszulkę z krótkim rękawem za który nie musiała zapłacić. 7 złotych „na rękę” za godzinę pracy jest normą dla marki Top Secret. Nasze źródło pracuje 40 godzin w miesiącu na umowę-zleceniu. Nie otrzymuje ubioru roboczego jak również nie obowiązuje ją system premiowy. Nadgodziny są „dodatkowo płatne”, a raz w miesiącu przysługuje jej zniżka 50 proc. na zakupy do 200 zł. O zdanie na temat warunków wynagrodzenia zapytaliśmy inną pracownicę zatrudnioną na stanowisku dekoratora dla młodzieżowego brandu SiNSAY. Pracuje na pełnym etacie na umowie o pracę. Otrzymuje miesięczne wynagrodzenie wynoszące 1.750 złotych netto. Jeżeli zespół zrealizuje miesięczny target, to otrzymuje premie uznaniowe: 150 zł brutto dla sprzedawcy, natomiast dekorator dostaje – 350 zł brutto, a kierownik – 550 zł brutto. Posiada również zniżkę pracowniczą za którą musi dodatkowo płacić. Na kwartał otrzymuje ubiór od pracodawcy – bezpłatne 2-3 t-shirty oraz biżuterię.
Polski rynek odzieżowy podzielony jest na trzy główne segmenty. Do pierwszego z nich należą marki z rodzimym rodowodem, produkujące ubrania oraz dodatki poza granicami naszego kraju. Sztandarowym przykładem jest grupa LPP fabrykująca w Azji. Reprezentantem drugiego są marki z całościowym kapitałem zagranicznym. Dobrym odpowiednikiem jest szwedzka grupa H&M posiadająca w swoim portolio marki: H&M, COS lub & Other Stories. Z końcem 2015 roku grupa posiadała 3.924 sklepów w 61 krajach. Zatrudniała 148.000 osób. W bieżącym roku zamierza otworzyć 400 nowych punktów sprzedaży. A co pracownica H&M’u ma do powiedzenia na temat wykonywanej pracy?
Jest asystentką sprzedaży zatrudnioną na 3/4 etatu na umowę o pracę. Co miesiąc otrzymuje „około 1.000 złotych netto”. Nie posiada uniformu pracowniczego, jednakże system premiowy jest rozbudowany. Otrzymuje bony na zakupy z okazji przypadających świat lub wakacji oraz stały rabat – 25 proc. na zakupy w sieci i łączący się z innymi promocjami. Nadgodziny są rozliczane jako dni wolne od pracy.
Ciekawie rysuje się perspektywa pracy dla osób zatrudnionych w hiszpańskiej grupie Inditex posiadająca 272 sklepy w Polsce. W pierwszej trójce są to: Stradivarius – 76 punktów sprzedaży, Bershka – 56 oraz ZARA – 49 oddziałów.
Przeprowadziliśmy rozmowę z pracownicą ZARY zatrudnioną w pełnym wymiarze – 160 godzin i na umowie o pracę. Otrzymuje wynagrodzenie rzędu 2.504 zł brutto z wliczoną premią, której wartość jest zależna od zrealizowanego dziennego targetu sprzedaży. Każdy pracownik ZARY posiada kartę rabatową uprawniającą do zakupu odzieży lub dodatków z 25 proc. ulgą. Pracownicy – sprzedawcy zatrudnieni na pół etatu mają roczną pulę 6.000 zł do wykorzystania. Za taką maksymalnie kwotę mogą zrobić łącznie zakupy z uwzględnieniem zniżki. Nasza rozmówczyni posiada limit 10.000 zł. Marka jest dość szczodra, ponieważ przyznaje bony o wartości 50 zł i 100 zł z okazji świąt oraz zapewnia pełny uniform pracowniczy – garnitur (marynarkę i 1-2 pary spodni), 2-4 bluzki oraz parę butów.
Czy jest to opłacalna praca? Marka ZARA ma wiele do zaoferowania swoim pracownikom, ponieważ w wydanym przez grupę Inditex komunikacie informuje, że: „w bieżącym roku grupa zamierza przeznaczyć kwotę 500 milionów euro na premie uznaniowe, bonusy oraz prowizje od sprzedaży dla swoich pracowników”.

Uzasadnionym jest zadanie pytania: kto zarabia pracując w sieciowym sklepie stacjonarnym? Według zestawienia opracowanego przez znawcę tematu, Michała Zaczyńskiego sowite wynagrodzenie przypada kierownikowi jednego z trzech działów (kobieta, mężczyzna, dziecko) polskiego brandu – 12.000 zł netto. W dzisiejszych czasach obecność marek sieciowych na rodzimym rynku budzi wątpliwości. W 1999 roku miało miejsce otwarcie pierwszego sklepu marki ZARA i wzbudziło ono zachwyt społeczeństwa, a galerie handlowe zaczęły niewinnie pojawiać się w dużych polskich aglomeracjach. Aktualnie wyrastają one jak grzyby po deszczu, również w mniejszych miejscowościach. Każdy z koncernów mody zwiększa całościową powierzchnię użytkową swoich marek od kilka do kilkunastu proc. rok do roku.
Przykrym jest stwierdzenie, że osoby, które w pocie czoła realizują z powodzeniem politykę sprzedaży marek sieciowych zarabiają najmniej, jednakże 60% Polaków dokonuje zakupów w „sieciówkach”, odwiedzając galerię od jednego do dwóch razy w miesiącu.
Jaki rysuje się przed nami scenariusz? Dobra passa dla rozwoju centrów handlowych trwa. W minionym roku powstało 27 nowych obiektów handlowych, a 18 uległo rozbudowie. Na bieżący rok zaplanowane są kolejne inwestycje. Dla szeregowych pracowników najniższego szczebla pojawiło się światełko w tunelu i ich sytuacja zmierza ku poprawie. Sejm przyjął projekt ustawy zakładający podniesienie od 1 stycznia 2017 roku godzinowej stawki pracy do 12 złotych brutto dla zatrudnionych na umowie-zleceniu.

Alicja Szablewska