Lepsi od Jeremiego Scotta?

Panie i Panowie, obwieszczam pewną nowinę! Nasz świat powił duet bardzo kreatywnych mężczyzn Laurence Li i Chico Wang, którzy już depczą po piętach maestro Jeremiemu Scottowi – dyrektorowi kreatywnemu zarządzającemu domem mody Moschino od 2013 roku. Amerykanin Scott słynie z niebanalnego ujęcia współczesnej mody. Zaprezentował kolekcję „artystycznie” spaloną lub epatującą wielkim logo McDonald’s, a utrzymaną w tonacji żółto-czerwonej. Innym razem, kreator wylansował modę inspirowaną lalką Barbie. Świat mody kupuje jego inicjatywy, wychwala guru pod niebiosa i biznes się kręci, jednakże głupi są ci uważający siebie za jedynych, najlepszych w świecie mody i nie zważający większej uwagi na konkurencję rosnącą w siłę. Tak oto, poddając się codziennej rutynie – przeglądałam prasówkę… i poznałam nową markę Laurence & Chico. Brzmi znajomo? Przyjrzyjmy się szczegółom. Wspomnieni panowie są absolwentami jednej z najlepszych uczelni artystycznych – Parsons Fashion, Art & Design School w Nowym Jorku. Laurence Li pracował jako specjalista do spraw visual merchandisingu u projektanta Alexandra McQueena oraz marek premium Miu Miu oraz Givenchy. Jego kompan studiował ilustrację, marketing i animację. Tych dwoje spotkało się we właściwym czasie i połączyli wspólne siły. Z kooperacji doświadczonego z uczonym wyszła piorunująca kolekcja – debiutancka na sezon wiosna-lato 2017. A zatem, cóż fajnego zobaczymy?

laurence-chico-articleKilkanaście modeli odzwierciedla filozofię marki skupiającej się na tworzeniu nowej mody. Kreatywni dysponują tabula rasa, którą zapiszę w autorski sposób, a ich ujęcie tematu jest niemożliwe do skopiowania przez innych „w branży”.

Ręcznie stworzone rysunki są materiałem dla czterech modeli bluz z długim rękawem, zakładanych przez głowę, a wykończonych czarną „lamówką”. Oryginalnie i stylowo.

Pojawiają się sety – marynarka z kołnierzykiem w szpic i spodnie rybaczki wykończone falbanką imponującej wielkości. Materiał? Wzorowany autorskimi malunkami.

Uwagę przykuwa bardzo modna w bieżącym sezonie – kurtka bomber, w wersji tweedowej (biało-szaro-czarna oraz w wersji zdominowanej przez róż i pomarańczowe mini guziki) lub w formie pierzastej – z grubego, acz sztucznego i barwionego włosia. Jednym z wiodących motywów kolekcji jest wspomniany tweed (ulubiona tkanina kreatorki mody XX wieku – Gabrielle Chanel) pojawiający się w towarzystwie spopularyzowanych „wiązań na krzyż”, oryginalnie wylansowanych przez Yves Saint Laurenta. To połączenie dwóch materii jest materiałem dla spodni o długości 7/8, ołówkowej spódnicy poniżej linii kolana oraz krótkich spodenek.

Innym przykuwającym modelem jest suknia zbudowana z gigantycznych pokładów materiałów w biało-czarny print, zakładanej na lewe ramię, ciętej asymetrycznie. Ta stylizacja została dopełniona naszyjnikiem z ogromnych pereł.

186_27

Nie można przejść obojętnie koło części kolekcji wykonanej z jasnego jeansu, w kolorze błękitnego nieba. Koszula z długim rękawem i żakiet są suto zdobione falbankami. Dopełnieniem są spodnie dzwony skrócone w okolicach kostki. Prosta sukienka – tak zwana „hiszpanka”, szorty lub spódnice ołówkowe mają swoje miejsce i modne – falbaniaste zdobienie.

Kolekcja jest treściwa, spójna i odpowiada na aktualne trendy w modzie. Jest bardzo autorska. Mam na myśli, że jest ona oryginalna, ponieważ ta dwójka zaryzykowała wiele decydując się na krok w nieznane i prezentując pierwsze działo – w zgodzie ze samymi sobą. Przemysł mody ma to do siebie, że rządzi nim pieniądz i dobrze sprzedają się projekty lubiane przez masy, a kolekcja od Laurence & Chico jest niszowa i została zaprezentowana wąskiej klienteli (w ujęciu światowym) na Bliskim Wschodzie, w Dubaju.

Warto dodać, że są to „bezpieczne projekty”. Przyglądając się poszczególnym modelom widać wyraźny wpływ twórczością Grande Mademoiselle. Perły zdobią skórzane rękawiczki powyżej łokcia.

Uzupełnieniem dwóch stylizacji jest naszyjnik z pereł inspirowany pierwowzorem zaprezentowanym podczas pokazu kolekcji ready-to-wear na sezon wiosna-lato 2014 francuskiego domu mody Chanel.

67_44

Kapelusze z małym rondem, wspomniany tweed czy biało-czarne połączenia dla sukni… powstałej na podstawie oryginalnych (bardzo strojnych) projektów geniusza XX wieku – Cristobala Balenciagi?

Choć jest to minus, jednakże rekompensuje go odwaga projektantów. Laurenci Li i Chico Wong są reżyserami w swoim świecie. Czy wróżę im sukces? Weszli na dobre tory drogi prowadzącej do sukcesu.

Alicja Szablewska

Źródło: buro247.me.

O kobiecie, do której należy ostatnie słowo. Wywiad z Anią Kruk!

12291772_10207759549925499_4034402568636179549_oTo było bardzo miłe spotkanie. Kilka tygodni temu, w grudniowy poranek spotkałam się z Anią Kruk w bardzo przytulnym miejscu. Poznańska restauracja ‚Bagels & Friends‚, gorąca kawa, gwarne rozmowy i MY. Po ponad dwóch godzinach wymiany poglądów, wyłączyłam dyktafon i pomyślałam: „Uff, mam świetny materiał na wywiad” dla magazynu on-line FashionBiznes.pl.

Rodzinna firma Kruków jest obecna na rynku od 175 lat, jednakże w 2008 roku natrafiła na opór. Pierwszy raz w historii polskiej Giełdy Papierów Wartościowych miało miejsce tak zwane „wrogie przejęcie”. Grupa Kruk SA znalazła się w obcych rękach i od ośmiu lat należy do grupy Vistula & Wólczanka.
Mawia się, że nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło… i na arenę wkroczyła Ania Kruk z autorską marką biżuteryjną. Wówczas prowadziła ustabilizowane życie w Barcelonie i pracowała dla Google, wszakże postanowiła ratować rodzinną markę z opresji. Jak jej to wyszło?
Zapraszam do przeczytania inspirującego wywiadu z kobietą, która nie wypowiedziała jeszcze ostatniego słowa.
O narodzinach marki, ekspansji na Bliskim Wschodzie i planach na przyszłość w ujęciu Ani Kruk.

Alicja Szablewska

Niby nic, a tak to się zaczęło. Po trzech latach obecności na polskim rynku marka Ania Kruk posiada 10 sklepów. Jak narodził się pomysł na nowy biznes?

Nasza marka jest specyficznym przykładem sukcesji w Polsce. Kontynuujemy rodzinną tradycję, zakładając nową firmę ANIA KRUK. Mówimy tu o tradycji przekazywanej od pięciu pokoleń: mój pradziadek Władysław Kruk odziedziczył warsztat po Leonie Skrzetuskim, potem był nasz dziadek Henryk, tata – Wojciech Kruk, który mały warsztat rozwinął do sieci kilkudziesięciu sklepów w całej Polsce, a teraz na scenę wkroczyliśmy my – mój brat Wojtek oraz ja.
Dlaczego w ten sposób? To był moment, w którym szukaliśmy pomysłu na założenie nowej firmy w związku z zawirowaniami, które działy się na linii W.Kruk – Vistula. Chcieliśmy zacząć na nowo, stworzyć markę biżuterii, ale która nie byłaby konkurencją dla W. Kruka. Firmę, która opiera się na wartościach rodzinnych, jest autentyczna. Jaki mieliśmy pomysł na produkt? Biżuterię do noszenia na co dzień, nie tylko na wielkie wyjścia. ANIA KRUK to marka młoda, lekka, nie do końca poważna. Oparta na autentycznej pasji i zabawie modą. Chcę być blisko moich klientek, chcę, żeby nasza biżuteria dawała im radość, przyjemność z jej noszenia.

Z miłości do piękna tworzą się wspaniałe rzeczy, a w projektowanie i tworzenie biżuterii wkładasz całe swoje serce. Co sprawia, że marka Ania Kruk ewoluuje?

źródło: materiały prasowe

źródło: materiały prasowe

Dla mnie największą inspiracją są ludzie. Osobiście nie wierzę w projektowanie nad pustą kartką papieru lub w historie, że ktoś podczas pobytu w Hiszpanii zainspirował się wzorem płytki, który przełożył na kolekcję biżuterii. Uważam, że projektant jest osobą, która powinna być maksymalnie skoncentrowana na swoich klientach i ludziach, którzy go otaczają. Powinien szukać inspiracji w życiu codziennym, zgadywać potrzeby ludzi.
Obserwuję to, co kobiety noszą, jak się ubierają, w jaki sposób żyją. Dla mnie, jedną z inspiracji mogą być młode kobiety, które pracują w dużych firmach, dla przykładu: ile godzin spędzają w pracy? Ile mają spotkań biznesowych w ciągu dnia? Co chcą komunikować sobą w pracy, z jakiej strony się pokazać? Myślę o ich formalnym dress code’dzie. Na drugim biegunie leżą kolekcje wieczorowe. Zastanawiam się, co pasowałoby do długiej sukienki? Co chciałaby założyć młoda dziewczyna na studniówkę? W jaki sposób zestawiać ze sobą biżuterię? Czy chcę zaprojektować mocny łańcuch, talizman siły kobiecej czy pójść w stronę delikatnego serduszka, które chłopak kupi swojej dziewczynie z okazji pierwszej rocznicy? Biżuteria to ludzie i ich historie. Emocje, zaklęte w przedmioty. Moje emocje, ale przede wszystkim emocje moich klientów i klientek.

Karl Lagerfeld uważa, że inspirację należy czerpać ze świata nas otaczającego. A co Ciebie inspiruje?

Obserwuję to, co dzieje się dokoła mnie. Dla mnie bardzo ważny jest moment analizy. Wczytuję się w wyniki sprzedażowe, robię tabele i zestawienia, patrzę w którym kierunku podąża moda. Przecież największym wyrazem uznania jaki klientka może dać marce jest zakup jej produktów. Dlatego spoglądając w tabelki, widzę konkretnych ludzi, którzy wybrali konkretne wzory. Zawsze wiem, który model kolczyków w danym miesiącu jest hitem lub która kolekcja w danym sezonie cieszy się największą popularnością. Z drugiej strony, bardzo istotne są dla mnie wartości marki. Muszą być widoczne w produkcie, ale też w sposobie, z jakim komunikujemy się z otoczeniem, w jaki mówimy do klienta. Jednym słowem spójność.

Jak wygląda proces tworzenia sezonowej kolekcji?

Przede wszystkim ANIA KRUK wprowadza kilka kolekcji w sezonie. Więc przygotowanie całego sezonu zaczynam od analizy (znowu!). Planuję, ile kolekcji chciałabym wprowadzić, dzielę asortyment na grupy produktowe, i podejmuję decyzję: w tym obszarze potrzebuję dwóch kolekcji, w tym obszarze tylko jednej. Dopiero potem siadam nad kartką papieru i zaczynam szkicować. Albo często wracam do pomysłów, które już wcześniej miałam gdzieś odłożone, zachowane na później.
Proces tworzenia kolekcji jest długi, ale nie aż tak, jak w branży odzieżowej, która żyje w szalonym rytmie światowych fashion weeków. Dla przykładu: pracę nad sezonem świątecznym rozpoczęliśmy w marcu. Przygotowania do Gwiazdki (w tej branży to najważniejszy miesiąc w roku) trwają dziesięć miesięcy, a i tak brakuje na wszystko czasu.

Chcieliśmy stworzyć markę egalitarną w swoim charakterze. ANIA KRUK jest dla każdej kobiety. Nie jesteśmy galerią autorską, nie skupiam się na jednej estetyce i jednym rodzaju biżuterii. Każda moja grupa produktowa reprezentuje pewien typ klienta na mojej mapie. Na tę bazę wynikającą z analizy nakładają się moje wizje lub pomysły i gust klientek, który kształtuje naszą ofertę. Jestem bardzo skoncentrowana na stylu życia współczesnej kobiety. Chciałabym, żeby biżuteria i moda dostosowały się do niej aniżeli ona musiałaby się naginać do mody. Chociaż z drugiej strony – lubię jej podpowiadać pewne rozwiązania.

źródło: materiały prasowe

źródło: materiały prasowe

Czyli edukujesz swoje klientki?

Czasami. Do moich klientek mówię: Spójrz jak fajnie wyglądają te kolczyki z naszyjnikiem z tamtej kolekcji. Aktualnie, robimy bardzo dużo sesji lookbookowych, które są nowatorskim rozwiązaniem w segmencie biżuterii. To dla mnie ważne, to buduje świat marki. Pokazujemy biżuterię na człowieku, ponieważ na białym tle, lub nawet na najpiękniejszym ekspozytorze w butiku, będzie jednak wyglądać dosyć smutno.

Dla kogo tworzysz swoją biżuterię? 

Patrząc na markę z biznesowego punktu widzenia, od samego początku adresujemy nasz produkt do szerokiej grupy klientów, ponieważ zakładaliśmy, że ANIA KRUK będzie miała swoje butiki w centrach handlowych.
Początkowo postawiliśmy na pewien styl, który okazał się zbyt małą niszą, żeby móc rozwijać firmę tak, jak byśmy chcieli. Po pierwszym roku działania zmodyfikowaliśmy strategię, poszliśmy w innym kierunku. To ważne, żeby umieć być elastycznym i nie wahać się wprowadzać zmiany, jeśli pierwotna koncepcja się nie sprawdza.

Biżuterię tworzę dla bardzo różnych klientów. W naszych butikach kupuje zarówno matka jak i córka. Nawet babcie. Lubię obserwować nasze międzypokoleniowe klientki, to bardzo miłe, kiedy matka z córką wspólnie robią zakupy, naradzają się, wybierają prezenty.

Z kim współpracujesz podczas powstawania kolejnych kolekcji? 

Współpracuję z całym zespołem. Przy powstawaniu kolekcji liczy się dobrze przygotowana część analityczna, jak również kreatywne i inspirujące rozmowy z naszym AK-teamem*, feedback od dziewczyn z naszych butików. W fazie produkcyjnej liczy się wsparcie techniczne: nie byłabym w stanie funkcjonować bez technologów oraz złotników, którzy moje rysunki potrafią przenieść na formy przestrzenne. Czasami się śmieję, że oni potrafią czytać w moich myślach.

Czy łatwiej jest Ci tworzyć własną markę czy odbudowywać rodzinny biznes?

Nasza rodzinna marka ma gen przetrwania. Jeżeli coś się posypie, to zaczynamy budować firmę od nowa. Dziadek Henryk tracił wszystko i zaczynał od zera dwukrotnie – w czasie wojny oraz potem, w okresie komunizmu. W życiu napotykasz na różne zakręty, ważne jest to, by iść dalej, tworzyć coś fajnego, i czerpać satysfakcję z tego, co robisz. Ja na pewno nigdy nie stworzyłabym własnej marki biżuteryjnej, jeżeli historia z przejęciem W. Kruka przez Vistulę & Wólczankę nie miałaby miejsca. A teraz nie wyobrażam sobie ciekawszej i fajniejszej dla mnie pracy!

W Tobie jest siła marki?

To jest gra zespołowa. Siła marki jest w ciekawej historii, w pasji i zaangażowaniu, z jaką ją tworzymy. Nie tylko ja ją buduję, ale również mój brat Wojtek i cały zespół. Szczególnie ludzie, którzy nam zaufali, i są z nami od początku – a przecież 4 lata temu zaczynaliśmy w piwnicy w domu moich rodziców! Naprawdę na początku to wymagało dużej wiary w nas i odwagi, żeby powiedzieć: idę za nimi!
Teraz mamy piękne butiki w Polsce i za granicą, uporządkowane procesy w firmie, ale wtedy to była jazda bez trzymanki. Zaczynaliśmy w trudnym dla naszej rodziny momencie.

źródło: materiały prasowe

źródło: materiały prasowe

Duży plus za odwagę. Miałaś ustabilizowaną sytuację. Mieszkałaś w Barcelonie i pracowałaś dla Google, a jednak rzuciłaś się na głęboką wodę.

Miałam 25 lat kiedy założyliśmy firmę. Mój brat był lepiej przygotowany do prowadzenia nowego biznesu. Prowadził wcześniej kilkanaście samodzielnych projektów: w Japonii, Chinach lub Hiszpanii, pracował w szwajcarskiej Omedze.
Ja przez pierwszy rok swojej pracy, w dużej mierze uczyłam się na własnych błędach. Było to niezwykle wartościowe doświadczanie. Mam wrażenie, że każdego roku jestem o lata świetlne dalej, lepiej znam branżę, produkt, lepiej prowadzę zespół.

Jak oceniasz kondycję polskiej branży biżuteryjnej?

W Polsce rynek biżuteryjny jest specyficzny. W latach 90., swoje biznesy rozwinęło trzech polskich graczy i to te marki mają do dziś dominującą pozycję na rynku: Apart, W. Kruk, Yes. Co ciekawe, wszystkie marki są z Poznania. Bardzo mocno depcze im po piętach Jubitom, jak również kataloński Tous, który w zeszłym roku otworzył kilkanaście swoich butików.
Wejście do galerii handlowych, gdzie skoncentrowany jest handel w Polsce, wiąże się z dużymi kosztami. Dlatego istnieje pewna bariera wejścia na rynek. Niższe koszty i większą szansę dla nowych marek widzę w sprzedaży online. E-commerce rozwija się niesamowicie szybko, a prowadzenie takiej działalności wiąże się ze stosunkowo niskimi kosztami, dlatego możemy teraz obserwować prawdziwy wysyp polskich, młodych projektantów. Nowe nazwiska pojawiają się co miesiąc. Prowadzą działania w sieci, otwierają showroomy w mieszkaniach, sprzedają na targach dizajnu, wystawiają swoje projekty na platformach skupiających młode marki. Ile z tych marek przetrwa? Nie wiem. W sieci konkurencja jest ogromna. W internecie nikt sam cię nie znajdzie, nie wpisze sam z siebie Twojego nazwiska w Google. Musisz zainwestować w marketing, mieć pomysł na promocję. I znów wracamy do tego samego: trudno jest się przebić i rywalizować mniejszym markom z markami o tak ogromnym budżecie marketingowym, jakim dysponuje na przykład Apart.

Co skłoniło Cię do tego, aby rozpocząć ekspansję na zagranicznym rynku?

Jesteśmy w prawie wszystkich największych miastach Polski. Brakuje nam tylko Trójmiasta
i Wrocławia. Na razie wstrzymaliśmy się z otwarciem butików w kraju, ponieważ nasze działania koncentrujemy na Bliskim Wschodzie oraz sprzedaży internetowej – właśnie pojawiła się nasza nowa strona, zadebiutowaliśmy również w Strefie Marek na Allegro.
ANIA KRUK jest na etapie, kiedy dziesięć butików, które posiadamy w Polsce optymalizują koszty prowadzonego przez nas biznesu. Cały czas otrzymujemy oferty z zagranicy – czy chcielibyśmy otworzyć butik w Norwegii, na Słowenii, w Hiszpanii. Jednak, żeby miało to dla nas sens, chcieliśmy zacząć takie działania z partnerem, który miałby potencjał na zbudowanie całej sieci, otwarcie większej ilości butików. Dlatego zdecydowaliśmy się na Bliski Wschód. To bardzo atrakcyjny rynek z punktu widzenia biznesowego. A do tego biżuteria jest bardzo istotna w kulturze arabskiej.
W Katarze można znaleźć wszystkie ekskluzywne marki: Tiffany, Cartier, Dior, Balmain. A czego im brakuje? Średniej półki. Zwiedzając centra handlowe w Dosze, nie znalazłam sklepu, który oferowałby taki produkt jak nasz. Odnoszę wrażenie, że znaleźliśmy niszę, wyróżniamy się na tamtejszym rynku i już planujemy otwarcie kolejnego butiku na wiosnę.

źródło: materiały prasowe

źródło: materiały prasowe

Który rynek jest dla Ciebie ważniejszy? Polski czy zagraniczny?

Polski rynek to nasze korzenie, baza podstawa. Bliski Wschód, dopóki nie zbudujemy tam mocnej pozycji, pozostaje eksperymentem. Szaloną przygodą, która ma wszelkie pozory i potencjał, by rozwinąć się w coś bardzo poważnego.

Nowy Rok za pasem. Jakie są plany rozwojowe na kolejne miesiące?

Jeżeli mówimy o planach na 2016 rok to na pewno jest to rozwój naszego świata online. Kładziemy nacisk na rozwój e-commerce oraz dalszą ekspansję na rynku bliskowschodnim i aktualnie nie planujemy rozwoju marki na innych rynkach zagranicznych. I jest jeszcze jedna ciekawa współpraca, którą ogłosimy na wiosnę, ale nie mogę jeszcze zdradzać szczegółów. Będzie o nas głośno!

Jesteś aktywną kobietą, „bo ciągle pojawia się coś nowego do zrobienia”. Nad czym aktualnie pracujesz?

Robię analizy roku 2015 i tworzę strategię dla rozwoju marki na kolejne sezony.

Światowa kobieta. Pasjonatka. Projektantka. Businesswoman. Dyrektor kreatywna. Kim jest Ania Kruk w oczach samej siebie?

źródło: materiały prasowe

źródło: materiały prasowe

Myślę, że jestem tą samą osobą, którą byłam kilka lat temu, choć bardziej doświadczoną i mądrzejszą. Na pewno jestem osobą bardzo ciekawą świata oraz ludzi i jest to motor napędzający wszystkie moje działania. Etykietka projektanta jest dla mnie trochę za ciasna, ponieważ ja projektuję biżuterię, markę, komunikację – czyli zakres bardzo szeroki. Jestem dyrektor kreatywną i przedsiębiorcą, menedżerem. Rola artystyczna zawiera się w funkcji dyrektora kreatywnego. To jest właściwe sformułowanie i we właściwy sposób definiuje moją rolę, czyli dbanie o spójność procesów kreatywnych, od produktu przez komunikację, od e-commerce przez doświadczenie marki w butikach, czyli są to wszystkie procesy, którymi zajmuję się na co dzień.

O czym marzy Ania Kruk?

Marzę o tym, żeby mieć więcej czasu i żeby doba była trochę dłuższa. Marzę o tym, żeby biżuteria ANIA KRUK była dostępna dla każdej kobiety w Polsce. Chciałabym naszym klientkom przekazać moją pasję i zaangażowanie, które my wkładamy w prowadzenie biznesu, przekazać nasze emocje i energię. Na Instagramie jest więcej zdjęć z hashtagiem#aniakruk opublikowanych przez nasze klientki niż przeze mnie. Wiesz co to oznacza? Że to one tworzą świat ANI KRUK. I to jest w tym wszystkim najpiękniejsze.

*AK-team: zespół Ani Kruk pracujący nad powstaniem kolekcji biżuterii.

I literally fall in love…

Gdzieś tam, z dala od domu rodzinnego, na wygnaniu, niedaleko Paryża, otworzyłam kartę, i wyszukując hasło „blogspot”, zainicjowałam powstanie pierwszego, autorskiego bloga SENSO.
W zeszłym roku, z krwi i kości, z imienia i nazwiska, jako dojrzewająca kobieta, powróciłam do tworzenia z pasją.
A tu i teraz, jeszcze bardziej staję się świadoma… swojego istnienia. Refleksja? Nieunikniona.

Mając kilka lat, siedząc przy biurku starszego brata, bez opamiętania i zatrzymywania, powtarzając „bez liku” tą samą postać, rysowałam dziewczynkę z prostymi blond włosami, w długiej sukni „do ziemi”, o spódnicy na wzór trapezu i szerokości kartki formatu A4. Dlaczego o tym piszę?

Upodobania z dzieciństwa, bardzo wyraźnie rysują moje zamiłowanie do historii mody XX wieku.

Charles Frederick Worth z rzemiosła uczynił biznes swojego życia. Prekursor i założyciel domu mody „najwyższej jakości”. Haute Couture, niezapomniany termin, aktualnie modernizowany, otwiera moją powieść o krawiectwie doskonałym.

Od XIX w., moda jako centrum świata, obiera stałą lokalizację, francuską stolicę. Wspomniany krawiec pozostaje wierny „poetyce secesji, realizując ideał piękna poprzez połączenie elegancji i bogactwa”. I jest (on) niezwykle wymagający. Prosi klientki do atelier, które po stokroć przymierzają suknię, rozbijając się o drobiazgowość i perfekcję. Francuskie sformułowanie Haute Couture, które funkcjonowało jako pionierski wzorzec dla mody pierwszej połowy XX wieku, tłumacząc, to najwyższej jakości lub wykwintne krawiectwo szyte (w całości) ręcznie.
I nie jest dedykowane każdemu, a obecność domu mody podczas Paryskiego Tygodnia Mody jest regulowana przez prawo i ówczesne stowarzyszenie Chambre Syndicale de la Haute Couture, założone w 1868r., które do dziś, zrzesza 11 formalnych członków, znamienne postaci areny międzynarodowej: CHANEL, Christian Dior, Hubert de Givenchy & Jean Paul Gaultier. Obecność francuskich gwiazd warunkowana jest stacjonującym, paryskim atelier z załogą liczącą co-najmniej 20 członków i kolekcją prezentowaną dwa razy do roku, do niegdyś, w łącznej ilości nie mniejszej niż 75 modeli, a od roku 2001- 50 sztuk. Do udziału w wiekopomnym wydarzeniu, proszeni są włoscy kreatorzy (dla przykładu Elie Saab, Giorgio Armani, Giambattista Valli, Valentino & Versace) jako zagraniczni „wysłannicy”. Gościnne pokazy należą do Bouchra Jarrar oraz Iris Van Herpen. Haute couture są to przede wszystkim umiejętności wyjątkowo uzdolnionych rzemieślników, o zapomnianych zawodach hafciarzy, gorseciarek lub tkaczy, którzy to do wykonania jednego modelu potrzebują 2000 godzin w zespole liczącym 200 członków.

Na początku XX wieku, Paul Poiret nazywany „paszą Paryża” wyzwala kobiety spod jarzma długich gorsetów, renesansowego wynalazku, formującego sylwetkę w kształcie litery S. Jest pierwszym, który zarysował nową linię, a punkt ciężkości stroju przeniósł z talii na ramiona. W ślad za „nową formą piękna”, podąża Gabrielle „Coco” Chanel projektując wygodne, proste i eleganckie ubiory z dżerseju.
I wojna światowa rujnuje stary system społeczny, wprowadza manifesty rewolucji kulturowej, a sztuka współgra ze światem ubioru. W nowym, powojennym porządku, lansowany jest praktyczny kostium, następuje zmiana stylu życia (zachwyt sportem), wzrasta ilość wykształconych kobiet, a także następuje rozwój motoryzacji. Zdecydowanie zmienił się wygląd kobiet, ulegając przeobrażeniu, minimalistycznemu modernizmowi. Na pierwszy plan, wysuwa się młodzieńcza, smukła sylwetka chłopczycy niczym postać „La Garçonne” powieści Victora Margueritte’a, która swoim urokiem zdobywa powszechne uznanie w roku 1925 na Exposition Internationale des Arts Décoratifs et Industriels Modernes w Paryżu, wystawie, która tworzy nowy styl w sztuce, art déco. Zmiany kreujące europejskie podwórko mody to jedna strona medalu, natomiast wpływowym graczem stają się Stany Zjednoczone Ameryki Północnej.
W roku 1929, Wielki Kryzys, oznaczał koniec powojennej prosperity dla licznych klientów „wysokiego krawiectwa”. Domy mody wyczuły zbliżające się zmiany i narodziny nowej kolekcji prêt-à-porter, wprowadzając do kolekcji bardziej casualowe rozwiązania, sportowe swetry czy stroje kąpielowe.

Ważnym punktem odniesienia jest twórczość Elsy Schiaparelli, potocznie nazywanej Panią „architekt mody”. W jej oryginalnych strojach lub akcesoriach zauważalny jest wpływ dadaizmu i surrealizmu. Po wielu latach nieobecności na rynku, marka zmartwychwstała za sprawą Diego Della Valle, którą od września 2013r., zarządza Marco Zanini. W nowym porządku, premiera kolekcji HC miała miejsce w styczniu roku bieżącego. Madleine Vionnet i Cristobal Baleniciaga zasługują na wzmiankę. II wojna światowa znacząco wpływa na dalszy rozwój głównego ośrodka mody. Ograniczenia w ilości dysponowanych tkanin oraz reglamentacja materiału na sztukę ubrania zachęca do przeróbek odzieży w domu, a także popularyzowany jest trend na wąską sylwetkę ze skróconą spódnicą. W naturze musi być balans. Jedni tracą, natomiast inni zyskują. Na kryzysie mody francuskiej, rozwija się przemysł amerykański. Rusza masowa produkcja odzieży gotowej, a dużym zainteresowaniem cieszą się projekty ubrania sportowego, które tworzą fundament dla nowego, funkcjonalnego piękna.
W pamiętnym ’47 roku, Christian Dior prezentuje kolekcję „Corolle”, okrzykniętą przez dziennikarzy Harper’s Bazaar jako „New Look”, re-definiując elegancję i luksus. Coco Chanel miała powiedzieć, że moda się uwstecznia.
Rewolucyjne posunięcie z początku wieku, a historia mody pierwszej połowy XX wieku, raz na zawsze zmieniło oblicze Haute Couture, które pomimo zawirowań, również ekonomicznych wciąż trwa. Jednkaże, czy nie ulega wpływom globalizacji i zmienia swoje pierwotne oblicze?

W przytaczanych przeze mnie przykładach, to Paryż jest sercem mody. Mojej uwadze nie mogą umknąć organizowane „osobliwe” Haute Couture pokazy i mam na myśli Asian Couture Week w Singapurze, włoski odpowiednik HC – AltaromaAltamoda czy PCJ Delhi Couture Week. Każdy z nich, na swój sposób jest poprawnie zdefiniowany, organizowany według przejrzystych zasad, interesujący, a pozyskując lokalnych projektantów, jednakże daleki od oryginalnego „haute couture”. Frank Cintamani, założyciel Asian Couture Federation, utrzymuje, że „(…) much of my efforts have been focused on establishing equally credible platforms… I don’t believe that recognition or business development is uniquely achievable by presenting solely in Paris”. I na tym komentarzu nie poprzestając, dodaje “ (…) to suggest that any one city has the monopoly on couture is clearly nonsensical”. Argumenty nie są jednak wystarczające, aby zreformować termin “haute couture”, który chroniony jest przez francuskie prawo i kontrolowany przez Chambre Syndicale de la Haute Couture od blisko 150 lat. Innymi słowy, to jest tak jak popijanie szampana nie pochodzącego z Szampanii,  a zatem haute couture nie może istnieć bez atelier w Paryżu.

W 2009r., marka CHANEL zorganizowała „demi-couture” Pre-Fall pokaz kolekcji dla swoich klientów w Szanghaju. Cyklicznie, od blisko pięciu lat, dwa razy w roku, marka powtarza wydarzenie dla prywatnej klienteli. Inny, oficjalny przedstawiciel HC, dom mody Christain Dior, również bardzo chętnie prezentuje kolekcje… w wydaniu premierowym, od kwietnia 2012r. Dla dyrektora naczelnego marki, Sydney Toledano, jest to naturalne posunięcie, ponieważ Chiny są uznawane za „lukratywny rynek jutra”. Nie odbiegając od konkurencji, włoski dom mody Valentino, w kwietniu br., udał się z misją i w największej chińskiej metropolii, stworzył niesmaowite show, łączącą elementy kolekcji prêt-à-porter & Haute Couture, jak również w każdym calu, opierającą się o znak rozpoznawczy domu mody- głęboką czerwień. W ten wymowny sposób, dał nam do zrozumienia, że nowa forma współpracy z potentatem w pozyskiwaniu dóbr luksusowych, tworzy  odrębny rozdział w historii domu mody.

Z definiowanego założenie, Haute Couture tworzy kolekcje, które pięknem wykraczają poza granice naszych wyobraźni. Niespełna dwa tygodnie temu, miała miejsce prezentacja kolekcji dla sezonu zimowego 2014… i wywołała niemałe zamieszanie. Maria Grazia Chiuri & Pierpaolo Piccoli, od 2008r. kreatywny tandem u Valentino, przedstawili projekty o unikatowym know-how, w oparciu o tradycyjną formę. Są to jednoznaczne propozycje dla kobiet „dnia dzisiejszego”. Karl Lagerfeld dla CHANEL, dedykuje kolekcję kobietom współczesnym, bowiem zaprezentowane wzory są delikatniejsze i młodsze „wiekiem”. Raf Simons, w niewymuszonym stylu, kontynuuje ideał piękna.

Krawiectwo najwyższego szczebla w piramidzie mody jest przysłowiową „starą szkołą”, dla której ręczne wykonanie jest znakiem firmowym, wartości są niedzisiejsze i w teraźniejszym świecie, który pędzi, ono zwalnia. Cuture jest zamkniętym tworem, jasno zdefiniowanym, posługujący się tradycyjnym kodem, który prawdziwie i szczerze nigdy nie będzie współczesny.

Niechętnie odnoszę się do swoistych prezentacji kolekcji na rynku chińskim, jednakże ów rynek, jak również bezwzględny sąsiad zza wschodniej granicy, Rosja, a także Bliski Wschód- są intratne gospodarcza dla domów mody o europejskim rodowodzie. Ku mojemu pokrzepieniu serca, przedstawiam postać nietuzinkową, rosyjską krawcową, Ulyana Sergeenko, która od 4 sezonów, niczym „stary, a dobry Galliano” piszę historię kolekcji od nowa. Jest mało współczesna, zaprzeszła, podobno „staro-modna”, a poprawna- wpisuje się w kanony „najwyższego krawiectwa”. Giambattista Valli, wtóruje i średnio się zapatruje na codzienną modę.

Łatwo jest zakomunikować nabywcom, że jest się marką „z górnej półki”, jednakże na status marki luksusowej trzeba sobie zasłużyć.

Na przekór wszystkim, wierzę, że i ja zrealizuję swoje marzenie.

Z serdecznymi pozdrowieniami,
Alicja Szablewska