Z nadejściem wiosny…

Nadeszła kalendarzowa wiosna. Z jej nadejściem pojawiły się zmiany. Zimowy marazm chowamy głęboko na dno szafy, a z niej wyciągamy to, co kobiety i mężczyźni lubią najbardziej, a mianowicie jest to… świeższe spojrzenie na świat. I lżejszą garderobę. Choć proponuję zachować na wierzchu grubsze rajstopy i wełniane kominy, ponieważ „kwiecień plecień, bo przeplata trochę zimy, trochę lata” i nim nadejdzie jutro, to pogoda może zmienić się… jak i nastrój kobiety. Przepraszam za zabawę słowną, jednakże to promienie słoneczne rozświetlają moją szarą cerę i radują zbolałe serce. A dobry humor przelewam na papier. Ot, takie są uroki ulotnej kreatywności, którą wykorzystuję do cna tu i teraz.

Light and fantastic

Źródło: wfilomeno.com

Dobrze, wstęp mam odhaczony, a co właściwie chciałabym Wam powiedzieć? Przeglądając dzisiejszą internetową prasówkę, natrafiłam na prezentację wiosenno-letniej kolekcji damskich torebek noszonych pod pachą lub w dłoni – tak zwanych clutch bag.

Marka Rauwolf została założona przez projektantką niemieckiego pochodzenia Kristine Johannes w 2012 roku. Ona natychmiastowo została „ulubienicą” ulubionych. Dla przykładu, gwiazdy najwyższego szczebla chętnie uzupełniają swoją stylizację o piekielnie drogi detal, którego cena sięga nawet 2.500 dolarów amerykańskich. Kate Bosworth, Naomi Watts, Emma Watson, Dakota Johnson, Katy Perry, January Jones, Kate Beckinsale oraz Emily Blunt pozują z torebką od Johannes. Jej projekty zostały wypromowane w lifestyleowych magazynach o międzynarodowym rozgłosie: Harper’s Bazaar, Tatler, WWD, Architectural Digest, Elite Traveler, Elle Décor i wiele innych pisze o detalu robiącym furorę za oceanem.

0015

Źródło: buro247.me

Choć ich cena pozostawia wiele do życzenia, jednakże reklama jest oryginalna. Kreatywna. Na czasie. Spójna z aktualnymi trendami mody. Wdzięczna. Chwytliwa, ponieważ ludzie „kupują to” i „lubią to”. Projektantka zaciera ręce i rozszerza swoje pole działania. W maju 2015 roku pojawiła się linia ślubna torebek damskich. Czy przemysł ślubny ma się tak dobrze? A może panna młoda jest nierozłączna ze swoim telefonem komórkowym? Twoi najlepsi przyjaciele: aplikacje Snapchat i Instagram potrzebuję codziennie porcji nowych informacji jeżeli nie chcesz wypaść z modnego obiegu. O, zgrozo.

WAX_WORKS_0379_V4a_HR

WAX_WORKS_0308_V4a_HR

Źródło: rauwolfnyc.com

Wykorzystując Waszą uwagę i chwilę, pragnę przedstawić Wam inne ujęcie kobiecego tematu. Zofia Chylak jest projektantką młodego pokolenia. Starannie wykształcona. Swój fach szkoliła w dziale projektowania u Proenza Schouler oraz pod okiem Nicolasa Caito. Zaradna dziewczyna. I doceniona przez polski naród nagrodą Elle Style Award w kategorii „Marka Roku” w 2015. Winszuję i zdanie podzielam. W Polsce, projektantka zajmuje się tworzeniem skórzanych akcesoriów, których cena ze średniej półki idzie w parze z włoską jakością materiałów. Pani Zofia czerpie inspiracje z historii stroju, a swoje przemyślenia przekłada na papier. Jestem fanką jej projektów – wszelako definiowanych torebek małych oraz dużych, podręcznych i „na wielkie wyjście” oraz innych small leather goods – portfeli oraz breloków. I jestem zdania, że jej prezentacja kolekcji na sezon wiosenno-letni zbierze rzesze sympatyków. Trzymam kciuki.

A tymczasem, ja oddalam się w siną dal.
Do usłyszenia niebawem,

Alicja Szablewska

Monogram Magazine i ja

Doczekałam się i ja. 🙂

Najnowsze wydanie ekskluzywnego magazynu Monogram otwiera mój artykuł o segmencie haute couture  w XX wieku – „Haute couture wczoraj i dziś”.

PicMonkey Collage

Nie posiadałam się z radości, kiedy otrzymałam propozycję współpracy z wrocławską redakcją, ponieważ forma lifestyleowego magazynu oraz mój konik – moda XX wieku są mnie bliskie. Tym bardziej raduje się moje serce patrząc na autorską publikację… aż 9 stron należy do mnie.

PicMonkey Collage1

Zaciekawieni? Zainteresowani? Zapraszam do salonu Empik, aby zapoznać się lepiej z moim piórem.

Alicja Szablewska

Nowa wcielenie Alicji z krainy czarów!

Tak oto nastał piękny dzień. ❤

Drodzy Czytelnicy lub przypadkowi Goście,
Mnie jest bardzo miło Was poinformować, że dołączyłam do Redakcji Magazynu Fashion Biznes, hurra!

152

Uwielbiam modę XX w., koronki, krynoliny i in. eleganckie stroje, acz w przypadku Magazynu Fashion Biznes, będę redagować dział MODY MĘSKIEJ, hurra!
Jest to nie lada trudne zadanie, aby wejść w skórę mężczyzny i poznać jego punkt widzenia, nieprawdaż?

Moja pierwsza publikacja, o, jest tutaj… o butach dla wiecznie młodych mężczyzn. 😉
Kolejny wpis ukaże się już dzisiaj lub jutro i jestem przekonana, że ON zawróci Wam w głowie. 😉

Całuję,
Alicja Szablewska
10660175_10153799233272668_5285937022389286820_n1

When things go to die…

A może mnie jest tak dobrze? Lubię swoją nicość, słodkie śniadania i „zalewajkę” – zbezczeszczenie smaku prawdziwej kawy.
Przyznaję, że moja wersja „dolce far niente” trwa trochę za długo, choć natura lubi balans, zatem czy moje „słodkie nicnierobienie” jest wyrównaniem rachunków za pomoc zubożałym i w nieustającej potrzebie? Możliwe, acz jednego jestem pewna – „być” zaczyna odgrywać większą rolę niż „mieć”.
Jak mówi „miłość mojego życia”… „(…) jest tyle pięknych rzeczy, które chciałbym zrobić, a czasu tak niewiele”. I przybijam Tobie „piątkę”, Amore.

Zmądrzałam- to na pewno. Wyeliminowałam znajomości (damsko-męskie) przed którymi ostrzegała mnie intuicja i oczywiście, biorę to na klatę „jak prawdziwy mężczyzna”, że to ja jestem wszystkiemu winna.
Moja bardzo dobra znajoma, super kobieta, świetna Pani dra, dojrzała!, utwierdziła mnie w przekonaniu, że ja jestem normalna, a współcześni mężczyźni są „do kitu”.
I wymagania „it” kobiety są „na porządku dziennym”.
Kto ma rację, Panie czy Panowie?

Spór w materii relacji (nie)pożądanych odkładam na inny czas, brzydszy dzień, ponieważ pogoda na dzień dzisiejszy- jest wprost idealna… jak mój humor. Aaaa, i na mojej stronie nie tworzę przewodnika o relacjach partnerskich, w których to Mistrzem nie jestem.

Dla odmiany, choć powoli jest to normą (w moim życiu i na blogu) – kilka cukierniczych nowości.
Oszalałam, a przynajmniej miałam w sobie dużo samozaparcia i siły, aby pichcić w kuchni do 3 nad ranem, i przygotowałam tartę z truskawkami i panna cottę dla Najbliższych.

Domowej roboty makaron, na stałe zagościł w menu, a kilka tygodni temu, sprawdziłam się jako perfekcyjna Pani domu, organizując mini przyjęcie dla Wybranych. Było pysznie. Sałatka z arbuza, fetą, miętą i kolorowym pieprzem na przystawkę; pasta z cukinią, szynką parmeńską & parmezanem jako danie głównie; a na deser- brownie z truskawkami. Uzupełnieniem wieczoru „na zielonej łączce” był Riesling.

Otrzymałam wyjątkowy prezent, współgrający z moją duszą. Wygląda na to, że wybór Gości nie był przypadkowy.

Processed with RookieW międzyczasie, zaliczyłam wpadkę. Coś nie wyszło, oryginalne francuskie croissants są trudne w przygotowanie, acz nie zniechęcam się i podtrzymuję tradycję, że w każdym tygodniu, w domu rodzinnym, gości coś słodkiego na stole.

W miniony week-end, przygotowałam ciasto „Zwycięzca”, ponieważ mój brat, Bartosz, ukończył z sukcesem, swój I triathlon podczas „Enea Challenge Poznań”. Gratuluję! A w przyszłym roku, będę Ciebie wspierać w wodzie i na drodze.

Z pamięci przygotowuję tartę lub kruche ciasto. Beza Pavlova jest ulubioną, a przygotowanie placków na jogurcie wymaga kilka minut. Jest to sprawdzony sposób na rozpoczęcie dnia w „dobrym stylu”.

IMG_3316Co przyniosą kolejne tygodnie w życiu osobistym i na blogu? Co nieco z modą w tle. 🙂

Ściskam Was serdecznie i do rychłego zobaczenia,
Alicja Szablewska

PS Pisanie na stronie lub dla Redakcji zawsze wprawia mnie w świetny humor i zgodzę się z Julią Cameron, dla której wylewanie słów na kartkę jest swoistym katharsis.

PS 2 Większość przepisów kulinarnych pochodzi ze strony: www.kwestiasmaku.com

Wywiad… jakich mało!

Na moim profilu Facebook, udostępniam zapożyczone linki. Większość z nich ma zabarwienie #fashion.
Wczoraj, opinii publicznej podałam wywiad z Panem Januszem Noniewiczem dla lifestyleowego magazynu „The Room„.
Zainteresowanie moich znajomych- zerowe. Moje zdziwienie- nie większe.

Trochę czytam i jestem bardzo wybredna w doborze literatury, jednakże poniższy wywiad (słowo w słowo skopiowany ze strony entertheroom.pl) jest jednym z najlepszych przeczytanych tekstów w tym roku. Przy okazji, pozdrawiam Panią Patrycję Piekutowską & Panią Joannę Bator za słowa, które inspirują.
Sporo tekstu, jednakże zaręczam, że warto.

A może Wy, drodzy Państwo, polecacie wywiad godny naszej uwagi?

Z życzeniami spokojnej nocy,
Alicja Szablewska

Tekst: Maja Chitro

Miley Cyrus mówi mi więcej o świecie niż współczesny teatr – prowokuje. Polonista. Dziennikarz mody. Meloman. Kierownik Katedry Mody na warszawskiej ASP. To będzie długa rozmowa. Ale to jedna z tych, które pamięta się bardzo długo.”

Janusz, zacznijmy od twojego ulubionego tematu: Dziady. Dlaczego, gdy umawialiśmy się na wywiad, poleciłeś mi się przygotować właśnie z Dziadów Mickiewicza? Co masz z nimi wspólnego?

Dziady czytam od 31 lat. To najważniejszy tekst w moim życiu. Czasem mam takie wrażenie, że wszytko, co zrobiłem, a nawet to kim jestem i jaki jestem ma swoje źródło w Dziadach. A jeżeli nie w Dziadach to na pewno w Mickiewiczu. W moim rodzinnym domu poezja Mickiewicza nie ograniczała się do książek stojących na półce. U nas nie tylko cytowało się Mickiewicza, u nas mówiło się Mickiewiczem. Moja rodzina pochodzi dokładnie z tych samych stron, co on. Żyła w tych samych miejscach. Polszczyzna moich rodziców, nie mówiąc już o dziadkach, bliższa była Mickiewiczowi niż temu, co się dzisiaj uznaje za tzw. literacką polszczyznę. Nawet melodia ich języka przypominała frazy z poezji Mickiewicza.

Czasem, dla żartu, jak ktoś mnie się pyta o zawód czy wykształcenie odpowiadam, że jestem dziadologiem. W czasie moich studiów na polonistyce zajmowałem się badaniem recepcji, czyli odbioru Dziadów w XX wieku. Przyglądałem się temu, jak historycy literatury, reżyserzy teatralni, inni literaci odczytują Dziady, jak je rozumieją, co o nich piszą, w jaki sposób je wystawiają, krótko mówiąc: jak je interpretują. A ponieważ, wiem dobrze, że skończyłaś szkołę średnią zanim jeszcze została ona dotknięta reformą, w wyniku której uczniowie poznają literaturę właściwie tylko we fragmentach służących im do testów z tzw. czytania ze zrozumieniem, to mam nadzieję, że przeczytałaś Dziady nie tylko ze zrozumieniem, ale i w całości. Przeczytałaś?

Przeczytane, od deski do deski!

Od deski do deski! Bardzo dobrze. (śmiech)

A ty przeczytałeś je świadomie, bo w twoim domu się o tym mówiło? Czy może sam dojrzałeś do tego, żeby sięgnąć na półkę po tę książkę? Czy pani nauczycielka kazała?

O nie, to nie miało nic wspólnego z nauczycielką. Ja się nie mogłem doczekać, kiedy już je przeczytam. Czytałem, Mickiewicza stopniowo. Od bajek począwszy, przez Ballady i Romanse. Stały u nas na półce Dzieła Mickiewicza i ja wiedziałem, że kolejne etapy mojego życia, dorastania, będą wyznaczały lektury kolejnych jego utworów. Są etapy w życiu człowieka, kiedy wiesz o Mickiewiczu coraz więcej i czytasz go coraz bardziej. Dziady przeczytałem pierwszy raz jak miałem 16 lat.

Ale 16. rok życia to dość wcześnie na takie doświadczenie.

Nie. Mnie się nawet wydaje, że bardzo późno. W pewnym sensie poznałem je parę lat wcześniej. W roku 1981 Teatr Telewizji miał premierę III części Dziadów w reżyserii Jana Kulczyńskiego z młodziutkim Cezarym Morawskim jako Konradem i fenomenalnym Mariuszem Dmochowskim w roli Senatora Nowosilcowa. Niewiele może wtedy zrozumiałem, ale ponieważ to były czasy Solidarności, czasy, w których na co dzień mówiło się o wolności, czułem jakieś niezwykłe emocje, jakieś ogromne napięcie, które we mnie ten spektakl wywołał. Dziś nie pamiętam za dobrze szczegółów tego spektaklu, nie wiem nawet, czy był dobry czy zły, ale nałożył się on na ważny czas historyczny i na ważny czas mojego dojrzewania. Ale tak kiedyś było, że każde pokolenie miało swoje Dziady. Adam Michnik miał swoje Dejmkowe, a ja swoje – telewizyjne (śmiech) (przyp. red. – 30 stycznia 1968 r. w Teatrze Narodowym w Warszawie odbyło się ostatnie przedstawienie Dziadów w reż. Kazimierza Dejmka, zdjętych z afisza przez władze jako „antyradzieckie”. Sprawa Dziadów stała się impulsem studenckich protestów i początkiem Marca ’68). Tych moich historia raczej nie zapamiętała, ale dla mnie ten poniedziałkowy wieczór przed telewizorem w 1981 roku (spektakle teatru telewizji pokazywane były zawsze w poniedziałki) był bardzo ważny.

Ale opowiem ci o jeszcze jednym ważnym dla mnie wieczorze związanym nie z Dziadami, ale oczywiście z Mickiewiczem. Byłem wtedy w piątej klasie podstawówki i musiałem na lekcję polskiego nauczyć się na pamięć Pani Twardowskiej. Siedziałem za biurkiem i wkuwałem tekst i chyba jakoś mi to nie szło, bo zainteresował się tym, co robię mój ojciec. Stanął koło mojego biurka i zaczął recytować z pamięci tekst na moich oczach przemieniając się z ojca w Pana Twardowskiego, z Pana Twardowskiego w narratora –
Mickiewicza, z narratora w Mefistofelesa… Także widzisz, dla mnie Mickiewicz to nie tylko poeta romantyczny, ale to też mój ojciec przechodzący na moich oczach metamorfozy w mickiewiczowskich bohaterów.

Dziady telewizyjne i Dziady pod postacią ojca, który odgrywał mickiewiczowskie sceny to dwa spektakle. Przenieśmy się więc na moment do teatru. Podoba mi się, że jesteś ulepiony z przeciwieństw. Wielokrotnie podczas rozmów padały z naszych ust deklaracje, że nienawidzimy teatru, prawda?

Tak! Nienawidzę współczesnego teatru. Uważam, że teatr miał do powiedzenia bardzo dużo kiedyś, natomiast to, co się stało w teatrze polskim w latach 90. i później, jest dla mnie nieprawdziwe, fałszywe, narcystyczne i egocentryczne. I nie jestem w stanie tego oglądać.

Ale czy nie jest tak, że artyści mają prawo do postawy narcystycznej?

Mają. A ja mam prawo narcyzm jednych lubić, a innych nie lubić. Lubiłem egocentryzm Tadeusza Kantora, bo on pozwalał mi się dowiedzieć o świecie czegoś niezwykle istotnego. On wydobywał ze swego doświadczenia jakąś esencję rzeczywistości, której bez Kantora najprawdopodobniej nigdy bym nie doświadczył. Natomiast współcześni reżyserzy, nawet ci najwięksi mistrzowie jak Krzysztof Warlikowski, nie wspominając już o młodszym pokoleniu, nie mówią mi o świecie nic ponadto, co mogę sam wyczytać w gazetach. Dzisiaj teatr nadyma się nieprawdopodobnie, twierdzi, że mówi o wielkich rzeczach, ale wszystkie te rzeczy zostały już dawno wypowiedziane gdzie indziej.

Nie znosisz teatru, ale uwielbiasz operę…

Nie! Nienawidzę!

Miał być to link do muzyki klasycznej.

Acha, no to dobrze. Jest jedna opera, którą bardzo cenię, właśnie się wybieram na nią do paryskiej Opéra Bastille – a to spory wydatek! (śmiech). Don Giovanni Mozarta. Teraz mnie zapytaj, dlaczego akurat Don Giovanni.

Dlaczego?

Bo w scenie Balu u Senatora w III części Dziadów, rozbrzmiewa muzyka, określona wyraźnie przez Mickiewicza w didaskaliach, tj. menuet z Don Giovanniego Mozarta! Mało tego: Mickiewicz pisze tę scenę ośmiozgłoskowcem (prawie nieobecnym w III części Dziadów) między innymi po to, by rygorystycznie utrzymać ją w rytmie utworu Mozarta!

Ale opery generalnie nie lubię, bo dla mnie zbyt dużo w niej teatru. Ludzie, którzy opanowali teatr dramatyczny, wzięli się też za inscenizacje oper, czego efektem jest ich niepotrzebna, nadmierna teatralizacja. Dla mnie muzyka mówi więcej niż zabiegi reżyserskie. One mnie wkurwiają, męczą, bo często banalizują przekaz zapisany w partyturze. Rozbuchane sceny teatralne zakrzykują tekst muzyczny. Ja operę słyszę w muzyce. Nie cierpię opery jako spektaklu.

A gdzie lubisz słuchać muzyki klasycznej?

W dobrej sali koncertowej. Lubię chodzić na koncerty muzyki klasycznej, więc poznałem wiele dobrych sal koncertowych na świecie.

Jakie miejsce polecasz w Polsce? 

Najczęściej bywam w Filharmonii Warszawskiej, w której najbardziej lubię Salę Kameralną. Ale to raczej ze względów sentymentalnych. Fenomenalne jest studio im. Lutosławskiego na Woronicza – świetne akustycznie. Mam też sentyment do Filharmonii w Krakowie, gdzie, jak wszystkim wiadomo chociażby z felietonów Jerzego Waldorffa, słychać przejeżdżające Zwierzyniecką tramwaje. To ma swój urok. Od paru lat dzięki festiwalowi Actus Humanus odkryłem jako salę koncertową gdański Dwór Artusa. Tam byłem na jednym z najpiękniejszych koncertów w moim życiu, na którym Pierre Hantaï grał Wariacje Goldbergowskie Bacha. Niezwykły koncert. Ale i miejsce do tego niezwykłe. A teraz będę się snobował: najbardziej lubię Salle Pleyel w Paryżu i Concertgebouw w Amsterdamie.

Kiedy wyjeżdżasz na festiwal…

A dlaczego nie mówimy o modzie?

Zaraz do niej przejdziemy. Wracając do wyjazdów – wyjeżdżasz, wynajmujesz mieszkanie. Odcinasz się od wszystkiego. I co? Kontemplujesz? Wzruszasz się?

Nie, nie! Owszem, wieczorami chodzę na koncerty. Popołudniami się do nich przygotowuję, bo nie lubię chodzić na koncerty z marszu. Muszę przypomnieć sobie grane na nim utwory, przywołać inne ich wykonania i interpretacje. Ale w dzień lubię żyć życiem miasta, w którym jestem. Nie poświęcam całego dnia muzyce. Muszę znaleźć kawiarnię na śniadania, muszę znaleźć sklepy, muszę poznać ludzi, muszę wiedzieć, gdzie iść po koncercie, żeby się napić wódki. Lubię przez chwilę poczuć się tych miast mieszkańcem.

Twoje teksty o muzyce są znane. Publikujesz je m.in. w magazynie Monitor

Tak, publikuję. Ale czy są znane – nie sądzę. U nas właściwie prawo do pisania o muzyce mają jedynie fachowcy, muzykolodzy. Ale Kierownik Katedry Mody? Czy nawet pan od Dziadów? Ja się na muzyce nie znam. Po prostu jej słucham. A to co usłyszę, czasem zapisuję w formie tekstów. Bardziej intuicyjnych, impresyjnych. Czasem wydaje mi się, że rozmiar profesjonalizacji w wypowiedziach o muzyce – wypowiedziach, które niezwykle sobie cenię i z których mnóstwo się uczę – może stwarzać wrażenie, że muzyka klasyczna jest tylko dla fachowców. Że jak nie rozumiesz terminów muzycznych, to ni cholery nie zrozumiesz i tej muzyki. A to przecież są również emocje, trafiające do każdego człowieka. Więc ja sobie tak na marginesie, w tym Monitorze, o tych emocjach skrobię.

I piszesz o muzyce poważnej, natomiast wiem, z bardzo pewnych źródeł, że jesteś też fanem Miley Cyrus.  

Miley Cyrus to perfekcyjnie wymyślona bohaterka opartej na mediach kultury współczesnej i niezwykle utalentowana performerka wcielająca się w tę postać. Kiedy oglądam teledyski Miley Cyrus, podziwiam ich zamysł, ich realizację, ich reżyserię. To jest jakaś całościowa wizja świata, w którym żyjemy ukazana przy pomocy środków artystycznych obecnych również w sztuce współczesnej. Zobacz ile płaszczyzn, chociażby na takim poziomie plastycznym ma teledysk do piosenki We Can’t Stop. Jak silnymi znakami się on posługuje. Postać Miley Cyrus mówi mi więcej o świecie niż współczesny teatr.

Dzisiaj przeczytałem wiadomość, że we Francji, nakładem dwóch wielkich wydawnictw, ukazały się dzieła zebrane Arystotelesa. Pomyślałem sobie, że należę do grupy ludzi, która spektakl rozumie tak, jak jest to opisane w Poetyce Arystotelesa. Służy on mianowicie katharsis. Współczesny teatr zbudowany na projekcji obsesji reżysera nie oczyszcza cię z litości i trwogi. Może tę funkcję przejmuje kultura popularna? Może to Miley Cyrus tworzy spektakle, w których mniej lub bardziej obecne jest arystotelewskie katharsis?

Nie bez kozery zaczęliśmy od tej strony, zanim przejdziemy do mody. Mówisz pięknie o literaturze, muzyce, teatrze. No to niespodzianka. Nie wszyscy wiedzą, że przez pewien czas wykonywałeś zawód polonisty. 

Ten „pewien czas” trwał 16 lat. Uczyłem języka polskiego w warszawskich liceach.

I co się później stało? Media zaczęły cię pociągać?

Nie. Media nie porywały mnie nigdy. Po prostu po 16 latach doszedłem do kresu moich możliwości pracy w tym zawodzie. Po pierwsze: zacząłem się starzeć, przekroczyłem 30-tkę, nie chciałem stać się anachronicznym profesorem Bladaczką z Ferdydurke Gombrowicza. Po drugie – praca nauczyciela była nieprawdopodobnie mało płatna, do tego stopnia, że za pensję nauczyciela nie mogłem wynająć mieszkania, zapłacić rachunków itp. Dopóki miałem 20 lat, szedłem do szkoły z poczuciem idei i ta strona materialna mi nie przeszkadzała, ale w końcu w pewnym wieku nie możesz już być młodym ideowcem. Po trzecie – nie podobały mi się zmiany w szkolnictwie i ta neoliberalna próba jego merkantylizacji. Próba zmienienia edukacji w usługę. Pomyślałem – stop. I odszedłem ze szkoły. Powiedziałem: zmieniam swoje życie.

I trafiłeś do mediów. 

To, że trafiłem do mediów to był przypadek. Zrobiłem to z dnia na dzień.

Brzmi trochę nieprawdopodobnie. 

Nikt w to nie wierzył. Trzydziestoparoletni polonista, nauczyciel. W latach 90. to był symbol kogoś, komu się nie udało. Przypomnij sobie film Marka Koterskiego Dzień Świra! Moi koledzy poszli do mediów, firm PR, agencji reklamowych, trzaskali kasę. A ja byłem nauczycielem!

Trafiłeś do mediów i pracowałeś w największych tytułach. 

Zacząłem pracę od niszowego tytułu, A4. Trafiłem więc do dziwnego czasopisma, a potem rzeczywiście poszedłem do mediów komercyjnych. Pomyślałem, że nie będę wiedział zbyt wiele o mediach, jeśli nie poznam co to mainstream. Przeszedłem przez prawie wszystkie kolorówki w tym mieście.

I zawsze miałeś odpowiedzialne, wysokie stanowiska.

Najczęściej pracowałem jako sekretarz redakcji. Sekretarz redakcji musi o czasopiśmie wiedzieć wszytko. I musi być obecny na każdym etapie jego powstawania: od pomysłów po produkcję.

Po powrocie do niszy zaczął się w twoim życiu bardzo ważny etap. Zająłeś się modą. Bo już wcześniej oczywiście publikowałeś o modzie…

Zacząłem pisać o modzie w A4.

No właśnie. Jak to się dzieje, że polonista, meloman, trafia do świata mediów, w paszczę najbrutalniejszego światka mody, a dziś jest jednym z najważniejszych dziennikarzy modowych w kraju?

W A4, które było magazynem modowym, pracowałem jako… sekretarz redakcji. A zadaniem sekretarza redakcji jest: nie wierzyć nikomu i wszystko sprawdzać. Redagując teksty, zainteresowałem się tymi historiami, często zupełnie dla mnie nowymi. Historiami pasjonującymi, bo A4, nie będąc magazynem komercyjnym, pisało o modzie konceptualnej, o modzie awangardowej, o modzie, która była niczym mój stary dobry teatr. Zacząłem też sobie przypominać, że w sposób nieuświadomiony moda była obecna i w moim wcześniejszym życiu. Nie jako produkt do kupienia, czy strojenia się, ale jako manifest własnej niezależności. W końcu jeszcze w szkole średniej w latach 80. zostałem usunięty z obowiązkowego pochodu pierwszomajowego za niewłaściwy strój. W liceum byłem krytykowany choćby za to, że przychodziłem w ubraniach wywróconych na lewą stronę.

To był twój osobisty manifest?

Tak, to był jakiś manifest. Tylko ja wtedy nie wiedziałem, że to jest manifest mody. To był manifest niezgody na szkołę, na politykę, na kłamstwa. Wychowałem się w świecie zaangażowanym politycznie. Mój bunt objawiał się w wyglądzie. Kiedyś kupiłem pasiastą piżamę i przerobiłem ją na garnitur. Chodziłem w garniturze, który był pasiakiem! Innym razem sprawiłem sobie bluzę z lśniącej podszewki, z za długimi rękawami, które wyglądały jak rękawy z kaftana bezpieczeństwa. Tak to była młodzieńcza naiwna forma niezgody na świat, w którym żyłem. Ale manifestowała się czymś w rodzaju mody. Przypomnę jednakże, mówię o początku lat 80., więc słowo moda w dzisiejszym rozumieniu nie do końca jest tu na miejscu.

Gdy byłeś zastępcą naczelnego K MAG, zaczął powstawać koncept, o którym nikt nie wiedział. Mowa o pierwszym takim koncepcie szkoły projektowania mody na ASP w Polsce. Miałeś całkiem inny pomysł na program – inne podejście do nauczania mody. Jak powstał? Skąd taka odwaga?

Ale odwaga we mnie, czy w Akademii?

W tobie i w Akademii.

Odwagę miał prof. Jerzy Porębski, który wymyślił, że na warszawskim Wydziale Wzornictwa powinno się znaleźć miejsce na projektowanie mody i przekonał do tego Senat Akademii. To na zamówienie profesora napisałem założenia programowe przyszłej Katedry i przedstawiłem pomysły na ich realizację. W modzie często staramy się zrobić polską wersję czegoś co się sprawdziło na świecie. Pomyślałem, że to zły trop. I zdecydowałem się na koncepcję nie kopiującą sprawdzone światowe wzory, ale wpisującą się w światowe trendy w kształceniu projektowym. Zaproponowałem, żeby zatrudnić projektantów, którzy właśnie skończyli najlepsze uczelnie na świecie. Mieli oni wnieść dwie ważne rzeczy – doświadczenie tamtejszych uczelni i krytyczny dystans wobec nich. Bo doświadczenie człowieka, który właśnie skończył szkołę pozbawione jest idealizacji. Ściągnięcie na stałe międzynarodowej kadry było ewenementem na skalę kraju. Nie wiem, skąd odwaga ASP? Ale myślę, że nawet, jeżeli Akademia miała wątpliwości to ostatecznie rozwiały je nasze tegoroczne pierwsze dyplomy.

Tym bardziej, że w tym roku był to wielki sukces, który przekroczył granice Polski. O pokazie dyplomowym twoich studentów pisały zagraniczne, dobre media. 

Tak. Choć po pokazie dyplomowym bardziej bałem się o reakcje w Polsce. Nasz świat mody jest niezwykle krytyczny wobec tego, co się tu dzieje. Tak naprawdę jesteśmy dla siebie nawzajem nieprawdopodobnie surowi. A za bezwzględną oceną stoją też często wzajemnie animozje czy antypatie, bo świat mody w Polsce jest na tyle mały, że trudno mu się wyzwolić od takiego personalnego spojrzenia. Ostatnio nawet przeczytałem czyjś komentarz na Facebooku do mojego tekstu. Zaczynał się on od słów: „mam w zwyczaju nie zgadzać się z Januszem Noniewiczem”. Rozumiesz! Jak Kaczyński z Tuskiem. Nie zgadzać się ze mną to zwyczaj! Punkt wyjścia. Ja tam nie mam w zwyczaju się z kimś nie zgadzać, dopóki nie usłyszę, co mówi.

Na szczęście jednak – dla mnie, dla Akademii, dla studentów – odbiór naszych dyplomów był bardzo pozytywny. Przyznam, że zależało mi na tym, i że bardzo się z tego cieszę. Nie chciałbym bowiem, by nasi absolwenci byli tu jakimiś dziwakami z Katedry. Chciałbym żeby byli w stanie również w Polsce tworzyć swoją modę, znajdować odbiorców, sympatyków, partnerów. Cieszyć się przychylnością tutejszej prasy.

O opinie prasy światowej bałem się mniej, gdyż na ocenę świata wystawiliśmy się o wiele wcześniej. Nasi studenci po drugim roku odbywają staże w takich markach jak Alexander McQueen, Marc Jacobs, Proenza Schouler, John Galliano, Alexander Wang, Iris van Herpen, Mary Katrantzou. Dostają się na nie na podstawie własnego portfolio, niczego im nie załatwiamy po znajomości, nawet tam, gdzie normalnie nie przyjmuje się na staż przed ukończeniem licencjatu. I to ich obecność na tych stażach buduje od paru lat dobry pozytywny odbiór naszej szkoły na świecie.

Trudno było tu ściągnąć twoich wykładowców? Bo ty za nimi jeździłeś do Antwerpii, Londynu.

Wcześniej obserwowałem, co dzieje się w tamtejszych szkołach. Znałem nazwiska studentów i absolwentów, wiedziałem co robią, znałem ich projekty, stosunek do mody, wizję edukacji. W Antwerpii, Paryżu i Londynie spotkałem się z kilkunastoma osobami. W końcu wybrałem trójkę. Zaproponowałem młodym ludziom pozycję, do której musieliby się tam u siebie dochrapywać latami. Powiedziałem: przyjedźcie do Warszawy i pracujcie. I pracują! Na bardzo dobrym wydziale. Wydział Wzornictwa zajmuje 13. miejsce w światowym rankingu najlepszych wydziałów projektowania.

Skoro pracujesz na ASP, to czym jest dla ciebie moda? To art czy biznes? 

Moda to jest przemysł. Ale w ramach tego przemysłu projektowanie mody może być sztuką. W przemyśle, jakim jest moda, potrzebujemy przedsiębiorców, którzy nie muszą być projektantami i projektantów, którzy nie muszą być przedsiębiorcami. Spójrzmy, kogo zatrudnia i zatrudniała wielka korporacja jaką jest LVMH: Johna Galliano, Marca Jacobsa, Riccardo Tisciego, Phoebe Philo, Humberto Leona i Carol Lim, a ostatnio do marki z ponad stuletnią historią zatrudniono największego obecnie freaka światowej mody JW Andersona. Dlaczego właśnie ich? Może dlatego, że wszyscy są wielkimi artystycznymi osobowościami? A takie osobowości w wielkim przemyśle, jakim jest moda, mogą oznaczać: zysk?

Ucząc projektowania mody na Akademii Sztuk Pięknych staramy się rozwijać artystyczną osobowość naszych studentów. Oczywiście to nie znaczy, że odcinamy ich od przemysłu. Wręcz przeciwnie. Po to są między innymi wspomniane przeze mnie staże, między drugim a trzecim rokiem, żeby jeszcze przed zrobieniem dyplomowej kolekcji studenci poznali reguły światowego biznesu. Żeby dyplom robili już z pełną świadomością i artystycznych, i biznesowych konsekwencji. Tu jest tylko kwestia hierarchii dydaktycznych celów. Nasze kształcenie nastawione jest na sztukę projektową. Gdybyśmy byli szkołą biznesu proporcje w programie nauczania byłyby pewnie odwrócone. Ale nie chcę rozwijać tego tematu, bo nie mogę już słuchać tego oburzania miejscowych specjalistów od krytykowania: „Mój Boże, Noniewicz nie uczy biznesu!”.

A jak się w Polsce robi modę? Jesteś świadomym uczestnikiem tego świata i wiem, że jest tu jakiś potężny problem. Skupione wokół siebie, odgrodzone szczelnym murem środowisko, znajomi znajomych, itd. Baczyńska robi pokazy w Paryżu. No, ale oprócz tego za wiele się nie dzieje, natomiast wszyscy mają bardzo dużo do powiedzenia. W Polsce mamy tysiące speców od mody. Ale moje pytanie brzmi: gdzie jest moda w Polsce?

Moda jest w głowach tych wszystkich ludzi, którzy są nią zafascynowani. W działaniach tych wszystkich, którzy pomimo wszelkich przeciwności projektują, szyją, produkują, sprzedają, kupują i noszą. Oczywiście, tak jak wspomniałaś, moda ma swoje koterie, swoje towarzystwa wzajemnej adoracji i towarzystwa wzajemnej niechęci. Nieszczęściem mody w Polsce jest to, że polaryzuje się ona na zasadzie podobnej do partii politycznych. Ci, co się uważają za modowych patriotów widzą w innych modowych zdrajców.  Dużo zależy od indywidualnej bezczelności. Od tego, jak bardzo jesteś w stanie przekonać innych, że znasz się na modzie.

Jest wiele takich przypadków. 

Za dużo.

A wracając do speców – bardzo trudno mi znaleźć dobre polskie teksty o modzie.

Tak, bo ludzie zamiast powiedzieć: „staramy się”, mówią: „wiemy wszystko, jesteśmy ekspertami”.  Tu nikt z nas nie zna się na modzie, bo skąd ma się znać? Wszyscy posługujemy się tymi narzędziami, w jakie zostaliśmy wyposażeni. Ci, co skończyli historię sztuki wykorzystują narzędzia historyka sztuki, ci po kulturoznawstwie, wykorzystują narzędzia kulturoznawcze. Moje często niezrozumiałe, czasami karykaturalne teksty o modzie wynikają stąd, że posługuję się narzędziami literaturoznawstwa, filozofii, teorii sztuki, które usiłuję dostosować do opisu mody. Jeden może mieć intuicję, inny dobry gust i smak, ale co najgorsze brakuje nam pokory, która kazałaby powiedzieć: „próbujemy”. Za to mamy potworną zarozumiałość. W Polsce przez wiele sezonów odbywał się żenujący wyścig o to, kto zostanie posadzony w pierwszym rzędzie na pokazach. Każdy miał pretensje, żeby w nim zasiąść, bo czuł się ekspertem, na którego opinie czeka cała modowa Polska. Mówienie o modzie wyłącznie przez pryzmat własnego ego nie wnosi do niej nic wartościowego. Wracamy do tego, co mówiliśmy o polskim teatrze, tylko teatr ma więcej szczęścia, bo za teatralnymi lanserami stoi solidna tradycja i wykształcenie, i jakkolwiek krytycznie nie oceniałbym tych lanserów, to oni i tak się wybronią. Z modowymi lanserami już nie jest to takie pewne.

Zagraniczne autorytety branżowe piszą o modzie w niezwykle prosty sposób.

Oczywiście, że tak! Ale oni nie muszą za wszelką cenę udowadniać swoich racji. Ich i tak posadzą w pierwszym rzędzie, więc nie muszą się popisywać. (śmiech)

Mówimy o pierwszych rzędach, dlatego pora na pytanie o festiwale mody. Jakiś czas temu rozmawiałam z Dorotą Koziarą, z którą uznałyśmy, że w Polsce ciężko znaleźć targi designu, albo festiwalu designu na poziomie. Design stał się słowem modnym, a jeśli coś jest modne, rodzi się tendencja do nadużywania terminu. Nie masz takiego wrażenia, że identycznie jest w przypadku mody?

Imprez ze słowem „fashion” w nazwie jest w Polsce zatrzęsienie. Natomiast co do ich wartości? Trudno mi oceniać. Na większości z nich nie bywam. Nigdy na przykład nie byłem na konkursie OFF Kielce, ale obserwując z daleka rozwój tej imprezy wydaje mi się, że radzi sobie całkiem dobrze. Ale ogólnie mam wrażenie, że większość tych imprez załatwia jakieś swoje interesy i w gruncie rzeczy najmniej korzysta na nich moda. Trzeba by się było uważnie przyjrzeć, jakie korzyści przynoszą one projektantom, markom, firmom modowym. Ile konkursów mody dla młodych projektantów nagradza na przykład laureatów istotnymi nagrodami? Na przykład pieniężnymi? Bo tu wszyscy mówią, że projektant powinien być biznesmenem, ale jakoś nikt nie wyrywa się do tego, żeby mu za coś zapłacić.

A cały ten problem z polską modą może być wynikiem dziesiątek lat odseparowania od Zachodu?

Nie wiem, raczej nie. Są kraje w zachodniej Europie, które wcale nie mają silnej mody. Co najwyżej pojedyncze nazwiska. Powiem szczerze, że czasami mam wrażenie, że co prawda odzyskaliśmy wolność polityczną, ale przez te ostatnie 25 lat zaprzedaliśmy wolność w sferze kultury. Kto wie czy nie bardziej niż za PRL-u.

Ale przypominam sobie, że przecież wtedy wszyscy kochali Antkowiaka…

No tak, był Antkowiak, była Grażyna Hase, Barbara Hoff, Bernard Ford Hanaoka, którego już nikt nie pamięta, a który robił modę męską.

A potem, nastały lata wolności i pojawił się Arkadius. Artysta!

No, tak. To świetny projektant. Ale co się z nim stało? Choć podobno wraca do mody z nową marką. Proponuję obejrzeć jego dawne kolekcje. Są zjawiskowe. Ale jak próbował rozkręcić – uwaga! – biznes w Polsce, uznany został za dziwaka. A co z Kasią Szczotarską, która nie może znaleźć tu sobie miejsca? A przecież pracowała z Martinem Margielą, a jej autorskie projekty znajdują się w stałej ekspozycji Victoria & Albert Museum. Jest nieprawdopodobnie utalentowana. Niedawno zrobiła świetną, światową kolekcję dla Deni Cler i co? Możliwe jednak, że Polska to nie jest kraj dla mody. Ale nie chcę tak myśleć.

Ale ty kształcisz międzynarodowych projektantów.

Moda to nie jest lokalny targ śniadaniowy. Moda jest międzynarodowa. Ale szkołę robię w Warszawie i chciałbym, żeby Warszawa stała się silnym ośrodkiem edukacji projektowej również w dziedzinie mody.”