Maciej Zień is back to the game

Data 12 czerwca 2017 roku na długo zapadnie w mojej pamięci i wszystkich związanych z modą za pan bart, którzy mieli przyjemność pojawić się osobiście na pokazie mody u projektanta wszech czasów – Macieja Zienia. Fotorelacja kolekcji First Lady już obiegła świat i tylko krytykujący, którzy nie pozostawili na niej suchej nitki – najzwyczajniej w świecie się pomylili, albowiem współtwórca polskiej sceny modowej wykonał kawał dobrej roboty.

Najważniejsze polskie portale modowe piszą o kolekcji Macieja Zienia w kontekście pierwszych dam – first ladies. Polska lub zagraniczna polityka nie leży w polu moich zainteresowań, toteż nie mam zdania, a przedstawię własny punkt widzenia, który nie został dostrzeżony przez popularnych, a powinien mieć miejsce. Zień (jak wielu innych) przygotowując kolekcję inspirował się stylistką coutures XX wieku – Christiana Diora i współczesną wersją promowaną przez Marię Grazię Chiuri – Pierwszą Kobietą, która zarządza zespołem u Diora od 2016 roku. Czy Włoszka jest tą First Lady? Na scenie modowej jest dużo wolnej przestrzeni dla dowolnej interpretacji.

Pokaz mody został otwarty z przytupem. Na marmurowe posadzki warszawskiego Teatru Wielkiego wkracza modelka w ognistej kreacji. Asymetryczny midi płaszcz z rozciętymi rękawami i spięty paskiem w talii, pojawia się w #relacji zaproszonych gości, a followersi czują, że ten pokaz przejdzie do historii. Pomarańcz – niegdyś kiczowata – u projektanta jest na pierwszym miejscu i buduje tą wyrazistą kolekcję, ponieważ Zień postawił na oranżowy odcień dla szerokiej konfekcji bluzek, swetrów, płaszczy lub sukienek. Ukazuje się również marchewkowy total look – zasada łączenia trzech kolorów w jednej tonacji.

Maciejowi Zieniowi się to się udało i wiele innych. Mam na myśli fakturę maxi płaszcza wiązanego w pasie i obszytego frędzlami. Trudna do zdefiniowania ta materia, wystarczy na nią spojrzeć.

6_MaciejZien120617_web_fotFilipOkopnyFashionImages-682x1024Mnie do gustu przypadły futrzane zdobienia… okrycia wierzchniego. Kreator doskonale interpretuje bieżące trendy, bowiem klasyczny płaszcz chroni przed niepogodą lub jest niezwykle ciekawą alternatywą dla tradycyjnych koktajlowych piękności.

Pojawiają się tweedowe sukienki oraz jedwabne komplety (oversize’owa bluzka bez ramion, o klasycznym dekolcie i dłuższym tyle pasuje ze spódnicą 3/4, której krój tworzy delikatnie zaznaczające się kontrafałdy). Uwagę gości przykuwają błyszczące na wszystkie strony świata kreacje (są to kryształy Swarovskiego oraz muśliny), w których blasku odbija się skromna sylwetka utalentowanego Polaka.

W kolekcji dopatrujemy się nawiązanie do mody lat 50. XX wieku i kreacji żon ówczesnych amerykańskich prezydentów. Są to dopasowane spódnice i garsonki, z drobiazgową troską o detale: paski, biżuterię oraz długie skórzane rękawiczki. Maciej Zień wtóruje tym czasom… w XXI wieku. Melania Trump również upodobała sobie długie rękawiczki, jednakże to Amal Clooney zadała szyku na czerwonym dywanie (podczas gali wręczenia Złotych Globów w styczniu 2015 roku) prezentując się w total looku made by Dior – długiej sukni i rękawiczkach o których mówiono więcej niż o uroczystym raucie. Na uwagę zasługują wybrane projekty z kolekcji „First Lady”, bowiem nawiązują do ikonicznego projektu monsieur Diora z 1947 roku. Kolekcja New Look odbiła się echem, bowiem definitywnie zrywa z powojenną stylistyką, zaś Dior zrobił to teatralnie – wprowadzając spódnicę do której uszycia zużyto metry tkaniny. To nie jest jedyne nawiązanie do tematyki wojny – metaforycznie zaakcentowanej w kolekcji. Maciej Zień zakończył pokaz oryginalnie i na wskroś wymownie. Pojawił się w koszulce z manifestem: ‚War, what‘s it good for? Absolutely nothing!’. Pomysł prezentowania głośnych haseł o emancypacji kobiet jest ideą Chiuri – dyrektor kreatywnej Diora, która rok 2017 utożsamia z siłą kobiet. Przypadek? Nie sądzę jak również w ten, że Zień (może?) pragnął pokazać polskiej Pierwszej Damie, że czasy w których przyszło nam żyć zmierzają do wojny. Niegdyś pierwsze damy łagodziły nastroje społeczne, a czy nasza Pierwsza Dama – Agata Duda odważy się pokazać siłę w tym wyjątkowym roku? Czas pokaże.

Alicja Szablewska

Źródło: materiały prasowe.

Poranna niestrawność

Porządek dnia musi być zachowany. Aby tradycji stało się zadość, szybkim krokiem pomaszerowałam do piekarni po słodkie, francuskie wypieki. Przyszykowałam odświętne śniadanie, usiadłam do prasówki i poczułam mdłości… po przeczytaniu publikacji „LPP nie chce niewolników” w dzisiejszym wydaniu Gazety Wyborczej.

Do portfolio gdańskiej grupy LPP należą marki odzieżowe: RESERVED, Cropp, House, Mohito i Sinsay.

24 kwietnia 2013 r., w katastrofie budynku Rana Plaza w Szabharze, Bangladesz, zginęło 1.127 osób, około 2.500 zostało rannych.

ranaplazaW budynku, w którym ubrania szyły światowe marki fashion, odnaleziono metki z logo Cropp. I rzutem na taśmę, po 2 latach od katastrofy, LPP opublikowało kodeks postępowania dla fabryk w Bangladeszu i Kambodży, które szyją ubrania dla polskiego giganta.

7031fdde-c6e0-11e2-9c9d-0025b511229eZachowanie LPP na rodzimym podwórku wzbudza we mnie negatywne emocje, ponieważ firma powinna wspierać rozwój polskiej gospodarki, a „wyprowadza” pieniądze na Cypr i do Zjednoczonych Emiratów Arabskich.
Prezes firmy Próchnik, Pan Rafał Bauer, uważa, że powrót „do korzeni”, produkcji garniturów w polskim zagłębiu włókiennictwa, Łodzi, jest kwestią czasu, ponieważ różnica w kosztach produkcji ubrania między Chinami, a Polską wynosi 10%, niegdyś różnica wynosiła do 80%.

lodz1

Fabrykowanie na Dalekim Wschodzi staje się coraz droższe, ponieważ średnia pensja szeregowego pracownika w chińskiej fabryce wzrasta o 15% rok do roku… od kilku lat. Aktualnie wynosi ona €410 (wg magazynu Forbes- €395). Chińczycy coraz chętniej inwestują za granicą, a w 2012 r., wartość fuzji i przejęć w USA wyniosła $11 mld.

W dzisiejszych czasach to klient „nasz Pan” dyktuje warunki działania na rynku odzieżowym. Ludzie pragną kupować ubrania hic et nunc, a czas produkcji dla marek fashion wynosi kilka miesięcy, w przypadku Chin od 4-5 miesięcy, w Wietnamie- do 6 miesięcy.
Quick Response Manufacturing jest metodą zarządzania produkcją dla mniejszych serii, opartą na szybkim reagowaniu na zmiany zapotrzebowania na rynku i redukowaniu czasu produkcji oraz dostawy do minimum.
Hiszpańska marka sieciowa „ZARA” opanowała do perfekcji model fast fashion i która w przeciągu 2 tyg. zaprojektuje, wyprodukuje i dany model ubrania dostarczy do sklepów na całym świecie.
Europejskie marki sieciowe segmentu mid-level lub część linii marek segmentu premium fabrykują w Europie Środkowo-Wschodniej, ponieważ stwierdzenie „czas to pieniądz” nabiera innego znaczenia. Włoska marka „La Perla” specjalizująca się w produkcji ekskluzywnej bielizny damskiej zatrudnia 700 pracowników w tunezyjskiej fabryce, ponieważ firma ma większą kontrolę nad czasem dostawy (choć większe koszty w stosunku do produkcji w Chinach: €16:€10), ogranicza koszty transportu i zwiększa szczelność łańcucha dostaw. Kryzysy wizerunkowe (ZARA, H&M) również wpływają na zmianę miejsca produkcji ubrań.

Przypadek Bangladeszu powinien być przestrogą dla tych, którzy kupują dużo tanich ubrań od najlepiej rozpoznawalnych sieciowych marek odzieżowych. Po katastrofie budynku Rana Plaza, stacja telewizyjna CNN, przeprowadziła badanie, w którym wykazała, że koszt pracy szeregowego pracownika w USA wynosi $7,47, natomiast w Bagladeszu- $0,22. Do niedawna płaca minimalna Hindusa zatrudnionego w fabryce wynosiła 1.662 tana (€ 15,20), jednakże po wzroście cen żwyności wynosi 3.000 tana (€ 28,30), a satysfakcjonująca wynagrodzeniem oscyluje około 5.000 tana (€ 47,32). W Bangladeszu, dochody z przemysłu odzieżowego stanowią $19 mld., które w większości stanowią państwowe dochody.
Międzynarodowa Organizacja Pracy zwraca uwagę na czas pracy, niejednokrotnie pracownik wyrabia 150 nadgodzin w sezonie, przysługują mu tylko 2 dni wolnego w miesiącu, a posiadania odzieży ochronnej lub masek „przydatnych” podczas farbowania ubrań jest fanaberią.
W farbrkach Bangladeszu zatrudnione są głównie kobiety, od 80-90%, w wieku od 16-25 roku życia, zatem akty napaści fizycznej i gwałtu są normą…
W przemyśle odzieżowym zatrudnionych jest ok. 100.000.000 ludzi, a 1/3 ludzi pracuje za głodowe wynagrodzenie, na granicy ubóstwa, za mniej niż 1$/1€/dziennie.

Gdańska firma LPP przystąpiła do porozumienia i podpisała dokument o bezwzględnym przestrzeganiu zakazu pracy dzieci (historia zna przypadek Indii zatrudniających dzieci w wieku 10-13 lat w szwalniach) i obowiązku płacy minimalnej, choć serce mnie ściska, kiedy czytam podsumowanie publikacji, wypowiedź Pani Marii Huma, „Jeśli firma decyduje się na produkcję w krajach, gdzie siła robocza jest tania, to musi wziąć odpowiedzialność za tamtejsze warunki pracy. Do tej pory gdyńska firma twierdziła, że nie odpowiedzialna, bo fabryki nie należą do niej”. Żegnam.

Drodzy Czytelnicy, mimo wszystko, życzę Wam spokojnego dnia,
Alicja Szablewska

Źródło: materiały prasowe.

060f08f679dadf4f6f58ead5b92bd388

Wywiad… jakich mało!

Na moim profilu Facebook, udostępniam zapożyczone linki. Większość z nich ma zabarwienie #fashion.
Wczoraj, opinii publicznej podałam wywiad z Panem Januszem Noniewiczem dla lifestyleowego magazynu „The Room„.
Zainteresowanie moich znajomych- zerowe. Moje zdziwienie- nie większe.

Trochę czytam i jestem bardzo wybredna w doborze literatury, jednakże poniższy wywiad (słowo w słowo skopiowany ze strony entertheroom.pl) jest jednym z najlepszych przeczytanych tekstów w tym roku. Przy okazji, pozdrawiam Panią Patrycję Piekutowską & Panią Joannę Bator za słowa, które inspirują.
Sporo tekstu, jednakże zaręczam, że warto.

A może Wy, drodzy Państwo, polecacie wywiad godny naszej uwagi?

Z życzeniami spokojnej nocy,
Alicja Szablewska

Tekst: Maja Chitro

Miley Cyrus mówi mi więcej o świecie niż współczesny teatr – prowokuje. Polonista. Dziennikarz mody. Meloman. Kierownik Katedry Mody na warszawskiej ASP. To będzie długa rozmowa. Ale to jedna z tych, które pamięta się bardzo długo.”

Janusz, zacznijmy od twojego ulubionego tematu: Dziady. Dlaczego, gdy umawialiśmy się na wywiad, poleciłeś mi się przygotować właśnie z Dziadów Mickiewicza? Co masz z nimi wspólnego?

Dziady czytam od 31 lat. To najważniejszy tekst w moim życiu. Czasem mam takie wrażenie, że wszytko, co zrobiłem, a nawet to kim jestem i jaki jestem ma swoje źródło w Dziadach. A jeżeli nie w Dziadach to na pewno w Mickiewiczu. W moim rodzinnym domu poezja Mickiewicza nie ograniczała się do książek stojących na półce. U nas nie tylko cytowało się Mickiewicza, u nas mówiło się Mickiewiczem. Moja rodzina pochodzi dokładnie z tych samych stron, co on. Żyła w tych samych miejscach. Polszczyzna moich rodziców, nie mówiąc już o dziadkach, bliższa była Mickiewiczowi niż temu, co się dzisiaj uznaje za tzw. literacką polszczyznę. Nawet melodia ich języka przypominała frazy z poezji Mickiewicza.

Czasem, dla żartu, jak ktoś mnie się pyta o zawód czy wykształcenie odpowiadam, że jestem dziadologiem. W czasie moich studiów na polonistyce zajmowałem się badaniem recepcji, czyli odbioru Dziadów w XX wieku. Przyglądałem się temu, jak historycy literatury, reżyserzy teatralni, inni literaci odczytują Dziady, jak je rozumieją, co o nich piszą, w jaki sposób je wystawiają, krótko mówiąc: jak je interpretują. A ponieważ, wiem dobrze, że skończyłaś szkołę średnią zanim jeszcze została ona dotknięta reformą, w wyniku której uczniowie poznają literaturę właściwie tylko we fragmentach służących im do testów z tzw. czytania ze zrozumieniem, to mam nadzieję, że przeczytałaś Dziady nie tylko ze zrozumieniem, ale i w całości. Przeczytałaś?

Przeczytane, od deski do deski!

Od deski do deski! Bardzo dobrze. (śmiech)

A ty przeczytałeś je świadomie, bo w twoim domu się o tym mówiło? Czy może sam dojrzałeś do tego, żeby sięgnąć na półkę po tę książkę? Czy pani nauczycielka kazała?

O nie, to nie miało nic wspólnego z nauczycielką. Ja się nie mogłem doczekać, kiedy już je przeczytam. Czytałem, Mickiewicza stopniowo. Od bajek począwszy, przez Ballady i Romanse. Stały u nas na półce Dzieła Mickiewicza i ja wiedziałem, że kolejne etapy mojego życia, dorastania, będą wyznaczały lektury kolejnych jego utworów. Są etapy w życiu człowieka, kiedy wiesz o Mickiewiczu coraz więcej i czytasz go coraz bardziej. Dziady przeczytałem pierwszy raz jak miałem 16 lat.

Ale 16. rok życia to dość wcześnie na takie doświadczenie.

Nie. Mnie się nawet wydaje, że bardzo późno. W pewnym sensie poznałem je parę lat wcześniej. W roku 1981 Teatr Telewizji miał premierę III części Dziadów w reżyserii Jana Kulczyńskiego z młodziutkim Cezarym Morawskim jako Konradem i fenomenalnym Mariuszem Dmochowskim w roli Senatora Nowosilcowa. Niewiele może wtedy zrozumiałem, ale ponieważ to były czasy Solidarności, czasy, w których na co dzień mówiło się o wolności, czułem jakieś niezwykłe emocje, jakieś ogromne napięcie, które we mnie ten spektakl wywołał. Dziś nie pamiętam za dobrze szczegółów tego spektaklu, nie wiem nawet, czy był dobry czy zły, ale nałożył się on na ważny czas historyczny i na ważny czas mojego dojrzewania. Ale tak kiedyś było, że każde pokolenie miało swoje Dziady. Adam Michnik miał swoje Dejmkowe, a ja swoje – telewizyjne (śmiech) (przyp. red. – 30 stycznia 1968 r. w Teatrze Narodowym w Warszawie odbyło się ostatnie przedstawienie Dziadów w reż. Kazimierza Dejmka, zdjętych z afisza przez władze jako „antyradzieckie”. Sprawa Dziadów stała się impulsem studenckich protestów i początkiem Marca ’68). Tych moich historia raczej nie zapamiętała, ale dla mnie ten poniedziałkowy wieczór przed telewizorem w 1981 roku (spektakle teatru telewizji pokazywane były zawsze w poniedziałki) był bardzo ważny.

Ale opowiem ci o jeszcze jednym ważnym dla mnie wieczorze związanym nie z Dziadami, ale oczywiście z Mickiewiczem. Byłem wtedy w piątej klasie podstawówki i musiałem na lekcję polskiego nauczyć się na pamięć Pani Twardowskiej. Siedziałem za biurkiem i wkuwałem tekst i chyba jakoś mi to nie szło, bo zainteresował się tym, co robię mój ojciec. Stanął koło mojego biurka i zaczął recytować z pamięci tekst na moich oczach przemieniając się z ojca w Pana Twardowskiego, z Pana Twardowskiego w narratora –
Mickiewicza, z narratora w Mefistofelesa… Także widzisz, dla mnie Mickiewicz to nie tylko poeta romantyczny, ale to też mój ojciec przechodzący na moich oczach metamorfozy w mickiewiczowskich bohaterów.

Dziady telewizyjne i Dziady pod postacią ojca, który odgrywał mickiewiczowskie sceny to dwa spektakle. Przenieśmy się więc na moment do teatru. Podoba mi się, że jesteś ulepiony z przeciwieństw. Wielokrotnie podczas rozmów padały z naszych ust deklaracje, że nienawidzimy teatru, prawda?

Tak! Nienawidzę współczesnego teatru. Uważam, że teatr miał do powiedzenia bardzo dużo kiedyś, natomiast to, co się stało w teatrze polskim w latach 90. i później, jest dla mnie nieprawdziwe, fałszywe, narcystyczne i egocentryczne. I nie jestem w stanie tego oglądać.

Ale czy nie jest tak, że artyści mają prawo do postawy narcystycznej?

Mają. A ja mam prawo narcyzm jednych lubić, a innych nie lubić. Lubiłem egocentryzm Tadeusza Kantora, bo on pozwalał mi się dowiedzieć o świecie czegoś niezwykle istotnego. On wydobywał ze swego doświadczenia jakąś esencję rzeczywistości, której bez Kantora najprawdopodobniej nigdy bym nie doświadczył. Natomiast współcześni reżyserzy, nawet ci najwięksi mistrzowie jak Krzysztof Warlikowski, nie wspominając już o młodszym pokoleniu, nie mówią mi o świecie nic ponadto, co mogę sam wyczytać w gazetach. Dzisiaj teatr nadyma się nieprawdopodobnie, twierdzi, że mówi o wielkich rzeczach, ale wszystkie te rzeczy zostały już dawno wypowiedziane gdzie indziej.

Nie znosisz teatru, ale uwielbiasz operę…

Nie! Nienawidzę!

Miał być to link do muzyki klasycznej.

Acha, no to dobrze. Jest jedna opera, którą bardzo cenię, właśnie się wybieram na nią do paryskiej Opéra Bastille – a to spory wydatek! (śmiech). Don Giovanni Mozarta. Teraz mnie zapytaj, dlaczego akurat Don Giovanni.

Dlaczego?

Bo w scenie Balu u Senatora w III części Dziadów, rozbrzmiewa muzyka, określona wyraźnie przez Mickiewicza w didaskaliach, tj. menuet z Don Giovanniego Mozarta! Mało tego: Mickiewicz pisze tę scenę ośmiozgłoskowcem (prawie nieobecnym w III części Dziadów) między innymi po to, by rygorystycznie utrzymać ją w rytmie utworu Mozarta!

Ale opery generalnie nie lubię, bo dla mnie zbyt dużo w niej teatru. Ludzie, którzy opanowali teatr dramatyczny, wzięli się też za inscenizacje oper, czego efektem jest ich niepotrzebna, nadmierna teatralizacja. Dla mnie muzyka mówi więcej niż zabiegi reżyserskie. One mnie wkurwiają, męczą, bo często banalizują przekaz zapisany w partyturze. Rozbuchane sceny teatralne zakrzykują tekst muzyczny. Ja operę słyszę w muzyce. Nie cierpię opery jako spektaklu.

A gdzie lubisz słuchać muzyki klasycznej?

W dobrej sali koncertowej. Lubię chodzić na koncerty muzyki klasycznej, więc poznałem wiele dobrych sal koncertowych na świecie.

Jakie miejsce polecasz w Polsce? 

Najczęściej bywam w Filharmonii Warszawskiej, w której najbardziej lubię Salę Kameralną. Ale to raczej ze względów sentymentalnych. Fenomenalne jest studio im. Lutosławskiego na Woronicza – świetne akustycznie. Mam też sentyment do Filharmonii w Krakowie, gdzie, jak wszystkim wiadomo chociażby z felietonów Jerzego Waldorffa, słychać przejeżdżające Zwierzyniecką tramwaje. To ma swój urok. Od paru lat dzięki festiwalowi Actus Humanus odkryłem jako salę koncertową gdański Dwór Artusa. Tam byłem na jednym z najpiękniejszych koncertów w moim życiu, na którym Pierre Hantaï grał Wariacje Goldbergowskie Bacha. Niezwykły koncert. Ale i miejsce do tego niezwykłe. A teraz będę się snobował: najbardziej lubię Salle Pleyel w Paryżu i Concertgebouw w Amsterdamie.

Kiedy wyjeżdżasz na festiwal…

A dlaczego nie mówimy o modzie?

Zaraz do niej przejdziemy. Wracając do wyjazdów – wyjeżdżasz, wynajmujesz mieszkanie. Odcinasz się od wszystkiego. I co? Kontemplujesz? Wzruszasz się?

Nie, nie! Owszem, wieczorami chodzę na koncerty. Popołudniami się do nich przygotowuję, bo nie lubię chodzić na koncerty z marszu. Muszę przypomnieć sobie grane na nim utwory, przywołać inne ich wykonania i interpretacje. Ale w dzień lubię żyć życiem miasta, w którym jestem. Nie poświęcam całego dnia muzyce. Muszę znaleźć kawiarnię na śniadania, muszę znaleźć sklepy, muszę poznać ludzi, muszę wiedzieć, gdzie iść po koncercie, żeby się napić wódki. Lubię przez chwilę poczuć się tych miast mieszkańcem.

Twoje teksty o muzyce są znane. Publikujesz je m.in. w magazynie Monitor

Tak, publikuję. Ale czy są znane – nie sądzę. U nas właściwie prawo do pisania o muzyce mają jedynie fachowcy, muzykolodzy. Ale Kierownik Katedry Mody? Czy nawet pan od Dziadów? Ja się na muzyce nie znam. Po prostu jej słucham. A to co usłyszę, czasem zapisuję w formie tekstów. Bardziej intuicyjnych, impresyjnych. Czasem wydaje mi się, że rozmiar profesjonalizacji w wypowiedziach o muzyce – wypowiedziach, które niezwykle sobie cenię i z których mnóstwo się uczę – może stwarzać wrażenie, że muzyka klasyczna jest tylko dla fachowców. Że jak nie rozumiesz terminów muzycznych, to ni cholery nie zrozumiesz i tej muzyki. A to przecież są również emocje, trafiające do każdego człowieka. Więc ja sobie tak na marginesie, w tym Monitorze, o tych emocjach skrobię.

I piszesz o muzyce poważnej, natomiast wiem, z bardzo pewnych źródeł, że jesteś też fanem Miley Cyrus.  

Miley Cyrus to perfekcyjnie wymyślona bohaterka opartej na mediach kultury współczesnej i niezwykle utalentowana performerka wcielająca się w tę postać. Kiedy oglądam teledyski Miley Cyrus, podziwiam ich zamysł, ich realizację, ich reżyserię. To jest jakaś całościowa wizja świata, w którym żyjemy ukazana przy pomocy środków artystycznych obecnych również w sztuce współczesnej. Zobacz ile płaszczyzn, chociażby na takim poziomie plastycznym ma teledysk do piosenki We Can’t Stop. Jak silnymi znakami się on posługuje. Postać Miley Cyrus mówi mi więcej o świecie niż współczesny teatr.

Dzisiaj przeczytałem wiadomość, że we Francji, nakładem dwóch wielkich wydawnictw, ukazały się dzieła zebrane Arystotelesa. Pomyślałem sobie, że należę do grupy ludzi, która spektakl rozumie tak, jak jest to opisane w Poetyce Arystotelesa. Służy on mianowicie katharsis. Współczesny teatr zbudowany na projekcji obsesji reżysera nie oczyszcza cię z litości i trwogi. Może tę funkcję przejmuje kultura popularna? Może to Miley Cyrus tworzy spektakle, w których mniej lub bardziej obecne jest arystotelewskie katharsis?

Nie bez kozery zaczęliśmy od tej strony, zanim przejdziemy do mody. Mówisz pięknie o literaturze, muzyce, teatrze. No to niespodzianka. Nie wszyscy wiedzą, że przez pewien czas wykonywałeś zawód polonisty. 

Ten „pewien czas” trwał 16 lat. Uczyłem języka polskiego w warszawskich liceach.

I co się później stało? Media zaczęły cię pociągać?

Nie. Media nie porywały mnie nigdy. Po prostu po 16 latach doszedłem do kresu moich możliwości pracy w tym zawodzie. Po pierwsze: zacząłem się starzeć, przekroczyłem 30-tkę, nie chciałem stać się anachronicznym profesorem Bladaczką z Ferdydurke Gombrowicza. Po drugie – praca nauczyciela była nieprawdopodobnie mało płatna, do tego stopnia, że za pensję nauczyciela nie mogłem wynająć mieszkania, zapłacić rachunków itp. Dopóki miałem 20 lat, szedłem do szkoły z poczuciem idei i ta strona materialna mi nie przeszkadzała, ale w końcu w pewnym wieku nie możesz już być młodym ideowcem. Po trzecie – nie podobały mi się zmiany w szkolnictwie i ta neoliberalna próba jego merkantylizacji. Próba zmienienia edukacji w usługę. Pomyślałem – stop. I odszedłem ze szkoły. Powiedziałem: zmieniam swoje życie.

I trafiłeś do mediów. 

To, że trafiłem do mediów to był przypadek. Zrobiłem to z dnia na dzień.

Brzmi trochę nieprawdopodobnie. 

Nikt w to nie wierzył. Trzydziestoparoletni polonista, nauczyciel. W latach 90. to był symbol kogoś, komu się nie udało. Przypomnij sobie film Marka Koterskiego Dzień Świra! Moi koledzy poszli do mediów, firm PR, agencji reklamowych, trzaskali kasę. A ja byłem nauczycielem!

Trafiłeś do mediów i pracowałeś w największych tytułach. 

Zacząłem pracę od niszowego tytułu, A4. Trafiłem więc do dziwnego czasopisma, a potem rzeczywiście poszedłem do mediów komercyjnych. Pomyślałem, że nie będę wiedział zbyt wiele o mediach, jeśli nie poznam co to mainstream. Przeszedłem przez prawie wszystkie kolorówki w tym mieście.

I zawsze miałeś odpowiedzialne, wysokie stanowiska.

Najczęściej pracowałem jako sekretarz redakcji. Sekretarz redakcji musi o czasopiśmie wiedzieć wszytko. I musi być obecny na każdym etapie jego powstawania: od pomysłów po produkcję.

Po powrocie do niszy zaczął się w twoim życiu bardzo ważny etap. Zająłeś się modą. Bo już wcześniej oczywiście publikowałeś o modzie…

Zacząłem pisać o modzie w A4.

No właśnie. Jak to się dzieje, że polonista, meloman, trafia do świata mediów, w paszczę najbrutalniejszego światka mody, a dziś jest jednym z najważniejszych dziennikarzy modowych w kraju?

W A4, które było magazynem modowym, pracowałem jako… sekretarz redakcji. A zadaniem sekretarza redakcji jest: nie wierzyć nikomu i wszystko sprawdzać. Redagując teksty, zainteresowałem się tymi historiami, często zupełnie dla mnie nowymi. Historiami pasjonującymi, bo A4, nie będąc magazynem komercyjnym, pisało o modzie konceptualnej, o modzie awangardowej, o modzie, która była niczym mój stary dobry teatr. Zacząłem też sobie przypominać, że w sposób nieuświadomiony moda była obecna i w moim wcześniejszym życiu. Nie jako produkt do kupienia, czy strojenia się, ale jako manifest własnej niezależności. W końcu jeszcze w szkole średniej w latach 80. zostałem usunięty z obowiązkowego pochodu pierwszomajowego za niewłaściwy strój. W liceum byłem krytykowany choćby za to, że przychodziłem w ubraniach wywróconych na lewą stronę.

To był twój osobisty manifest?

Tak, to był jakiś manifest. Tylko ja wtedy nie wiedziałem, że to jest manifest mody. To był manifest niezgody na szkołę, na politykę, na kłamstwa. Wychowałem się w świecie zaangażowanym politycznie. Mój bunt objawiał się w wyglądzie. Kiedyś kupiłem pasiastą piżamę i przerobiłem ją na garnitur. Chodziłem w garniturze, który był pasiakiem! Innym razem sprawiłem sobie bluzę z lśniącej podszewki, z za długimi rękawami, które wyglądały jak rękawy z kaftana bezpieczeństwa. Tak to była młodzieńcza naiwna forma niezgody na świat, w którym żyłem. Ale manifestowała się czymś w rodzaju mody. Przypomnę jednakże, mówię o początku lat 80., więc słowo moda w dzisiejszym rozumieniu nie do końca jest tu na miejscu.

Gdy byłeś zastępcą naczelnego K MAG, zaczął powstawać koncept, o którym nikt nie wiedział. Mowa o pierwszym takim koncepcie szkoły projektowania mody na ASP w Polsce. Miałeś całkiem inny pomysł na program – inne podejście do nauczania mody. Jak powstał? Skąd taka odwaga?

Ale odwaga we mnie, czy w Akademii?

W tobie i w Akademii.

Odwagę miał prof. Jerzy Porębski, który wymyślił, że na warszawskim Wydziale Wzornictwa powinno się znaleźć miejsce na projektowanie mody i przekonał do tego Senat Akademii. To na zamówienie profesora napisałem założenia programowe przyszłej Katedry i przedstawiłem pomysły na ich realizację. W modzie często staramy się zrobić polską wersję czegoś co się sprawdziło na świecie. Pomyślałem, że to zły trop. I zdecydowałem się na koncepcję nie kopiującą sprawdzone światowe wzory, ale wpisującą się w światowe trendy w kształceniu projektowym. Zaproponowałem, żeby zatrudnić projektantów, którzy właśnie skończyli najlepsze uczelnie na świecie. Mieli oni wnieść dwie ważne rzeczy – doświadczenie tamtejszych uczelni i krytyczny dystans wobec nich. Bo doświadczenie człowieka, który właśnie skończył szkołę pozbawione jest idealizacji. Ściągnięcie na stałe międzynarodowej kadry było ewenementem na skalę kraju. Nie wiem, skąd odwaga ASP? Ale myślę, że nawet, jeżeli Akademia miała wątpliwości to ostatecznie rozwiały je nasze tegoroczne pierwsze dyplomy.

Tym bardziej, że w tym roku był to wielki sukces, który przekroczył granice Polski. O pokazie dyplomowym twoich studentów pisały zagraniczne, dobre media. 

Tak. Choć po pokazie dyplomowym bardziej bałem się o reakcje w Polsce. Nasz świat mody jest niezwykle krytyczny wobec tego, co się tu dzieje. Tak naprawdę jesteśmy dla siebie nawzajem nieprawdopodobnie surowi. A za bezwzględną oceną stoją też często wzajemnie animozje czy antypatie, bo świat mody w Polsce jest na tyle mały, że trudno mu się wyzwolić od takiego personalnego spojrzenia. Ostatnio nawet przeczytałem czyjś komentarz na Facebooku do mojego tekstu. Zaczynał się on od słów: „mam w zwyczaju nie zgadzać się z Januszem Noniewiczem”. Rozumiesz! Jak Kaczyński z Tuskiem. Nie zgadzać się ze mną to zwyczaj! Punkt wyjścia. Ja tam nie mam w zwyczaju się z kimś nie zgadzać, dopóki nie usłyszę, co mówi.

Na szczęście jednak – dla mnie, dla Akademii, dla studentów – odbiór naszych dyplomów był bardzo pozytywny. Przyznam, że zależało mi na tym, i że bardzo się z tego cieszę. Nie chciałbym bowiem, by nasi absolwenci byli tu jakimiś dziwakami z Katedry. Chciałbym żeby byli w stanie również w Polsce tworzyć swoją modę, znajdować odbiorców, sympatyków, partnerów. Cieszyć się przychylnością tutejszej prasy.

O opinie prasy światowej bałem się mniej, gdyż na ocenę świata wystawiliśmy się o wiele wcześniej. Nasi studenci po drugim roku odbywają staże w takich markach jak Alexander McQueen, Marc Jacobs, Proenza Schouler, John Galliano, Alexander Wang, Iris van Herpen, Mary Katrantzou. Dostają się na nie na podstawie własnego portfolio, niczego im nie załatwiamy po znajomości, nawet tam, gdzie normalnie nie przyjmuje się na staż przed ukończeniem licencjatu. I to ich obecność na tych stażach buduje od paru lat dobry pozytywny odbiór naszej szkoły na świecie.

Trudno było tu ściągnąć twoich wykładowców? Bo ty za nimi jeździłeś do Antwerpii, Londynu.

Wcześniej obserwowałem, co dzieje się w tamtejszych szkołach. Znałem nazwiska studentów i absolwentów, wiedziałem co robią, znałem ich projekty, stosunek do mody, wizję edukacji. W Antwerpii, Paryżu i Londynie spotkałem się z kilkunastoma osobami. W końcu wybrałem trójkę. Zaproponowałem młodym ludziom pozycję, do której musieliby się tam u siebie dochrapywać latami. Powiedziałem: przyjedźcie do Warszawy i pracujcie. I pracują! Na bardzo dobrym wydziale. Wydział Wzornictwa zajmuje 13. miejsce w światowym rankingu najlepszych wydziałów projektowania.

Skoro pracujesz na ASP, to czym jest dla ciebie moda? To art czy biznes? 

Moda to jest przemysł. Ale w ramach tego przemysłu projektowanie mody może być sztuką. W przemyśle, jakim jest moda, potrzebujemy przedsiębiorców, którzy nie muszą być projektantami i projektantów, którzy nie muszą być przedsiębiorcami. Spójrzmy, kogo zatrudnia i zatrudniała wielka korporacja jaką jest LVMH: Johna Galliano, Marca Jacobsa, Riccardo Tisciego, Phoebe Philo, Humberto Leona i Carol Lim, a ostatnio do marki z ponad stuletnią historią zatrudniono największego obecnie freaka światowej mody JW Andersona. Dlaczego właśnie ich? Może dlatego, że wszyscy są wielkimi artystycznymi osobowościami? A takie osobowości w wielkim przemyśle, jakim jest moda, mogą oznaczać: zysk?

Ucząc projektowania mody na Akademii Sztuk Pięknych staramy się rozwijać artystyczną osobowość naszych studentów. Oczywiście to nie znaczy, że odcinamy ich od przemysłu. Wręcz przeciwnie. Po to są między innymi wspomniane przeze mnie staże, między drugim a trzecim rokiem, żeby jeszcze przed zrobieniem dyplomowej kolekcji studenci poznali reguły światowego biznesu. Żeby dyplom robili już z pełną świadomością i artystycznych, i biznesowych konsekwencji. Tu jest tylko kwestia hierarchii dydaktycznych celów. Nasze kształcenie nastawione jest na sztukę projektową. Gdybyśmy byli szkołą biznesu proporcje w programie nauczania byłyby pewnie odwrócone. Ale nie chcę rozwijać tego tematu, bo nie mogę już słuchać tego oburzania miejscowych specjalistów od krytykowania: „Mój Boże, Noniewicz nie uczy biznesu!”.

A jak się w Polsce robi modę? Jesteś świadomym uczestnikiem tego świata i wiem, że jest tu jakiś potężny problem. Skupione wokół siebie, odgrodzone szczelnym murem środowisko, znajomi znajomych, itd. Baczyńska robi pokazy w Paryżu. No, ale oprócz tego za wiele się nie dzieje, natomiast wszyscy mają bardzo dużo do powiedzenia. W Polsce mamy tysiące speców od mody. Ale moje pytanie brzmi: gdzie jest moda w Polsce?

Moda jest w głowach tych wszystkich ludzi, którzy są nią zafascynowani. W działaniach tych wszystkich, którzy pomimo wszelkich przeciwności projektują, szyją, produkują, sprzedają, kupują i noszą. Oczywiście, tak jak wspomniałaś, moda ma swoje koterie, swoje towarzystwa wzajemnej adoracji i towarzystwa wzajemnej niechęci. Nieszczęściem mody w Polsce jest to, że polaryzuje się ona na zasadzie podobnej do partii politycznych. Ci, co się uważają za modowych patriotów widzą w innych modowych zdrajców.  Dużo zależy od indywidualnej bezczelności. Od tego, jak bardzo jesteś w stanie przekonać innych, że znasz się na modzie.

Jest wiele takich przypadków. 

Za dużo.

A wracając do speców – bardzo trudno mi znaleźć dobre polskie teksty o modzie.

Tak, bo ludzie zamiast powiedzieć: „staramy się”, mówią: „wiemy wszystko, jesteśmy ekspertami”.  Tu nikt z nas nie zna się na modzie, bo skąd ma się znać? Wszyscy posługujemy się tymi narzędziami, w jakie zostaliśmy wyposażeni. Ci, co skończyli historię sztuki wykorzystują narzędzia historyka sztuki, ci po kulturoznawstwie, wykorzystują narzędzia kulturoznawcze. Moje często niezrozumiałe, czasami karykaturalne teksty o modzie wynikają stąd, że posługuję się narzędziami literaturoznawstwa, filozofii, teorii sztuki, które usiłuję dostosować do opisu mody. Jeden może mieć intuicję, inny dobry gust i smak, ale co najgorsze brakuje nam pokory, która kazałaby powiedzieć: „próbujemy”. Za to mamy potworną zarozumiałość. W Polsce przez wiele sezonów odbywał się żenujący wyścig o to, kto zostanie posadzony w pierwszym rzędzie na pokazach. Każdy miał pretensje, żeby w nim zasiąść, bo czuł się ekspertem, na którego opinie czeka cała modowa Polska. Mówienie o modzie wyłącznie przez pryzmat własnego ego nie wnosi do niej nic wartościowego. Wracamy do tego, co mówiliśmy o polskim teatrze, tylko teatr ma więcej szczęścia, bo za teatralnymi lanserami stoi solidna tradycja i wykształcenie, i jakkolwiek krytycznie nie oceniałbym tych lanserów, to oni i tak się wybronią. Z modowymi lanserami już nie jest to takie pewne.

Zagraniczne autorytety branżowe piszą o modzie w niezwykle prosty sposób.

Oczywiście, że tak! Ale oni nie muszą za wszelką cenę udowadniać swoich racji. Ich i tak posadzą w pierwszym rzędzie, więc nie muszą się popisywać. (śmiech)

Mówimy o pierwszych rzędach, dlatego pora na pytanie o festiwale mody. Jakiś czas temu rozmawiałam z Dorotą Koziarą, z którą uznałyśmy, że w Polsce ciężko znaleźć targi designu, albo festiwalu designu na poziomie. Design stał się słowem modnym, a jeśli coś jest modne, rodzi się tendencja do nadużywania terminu. Nie masz takiego wrażenia, że identycznie jest w przypadku mody?

Imprez ze słowem „fashion” w nazwie jest w Polsce zatrzęsienie. Natomiast co do ich wartości? Trudno mi oceniać. Na większości z nich nie bywam. Nigdy na przykład nie byłem na konkursie OFF Kielce, ale obserwując z daleka rozwój tej imprezy wydaje mi się, że radzi sobie całkiem dobrze. Ale ogólnie mam wrażenie, że większość tych imprez załatwia jakieś swoje interesy i w gruncie rzeczy najmniej korzysta na nich moda. Trzeba by się było uważnie przyjrzeć, jakie korzyści przynoszą one projektantom, markom, firmom modowym. Ile konkursów mody dla młodych projektantów nagradza na przykład laureatów istotnymi nagrodami? Na przykład pieniężnymi? Bo tu wszyscy mówią, że projektant powinien być biznesmenem, ale jakoś nikt nie wyrywa się do tego, żeby mu za coś zapłacić.

A cały ten problem z polską modą może być wynikiem dziesiątek lat odseparowania od Zachodu?

Nie wiem, raczej nie. Są kraje w zachodniej Europie, które wcale nie mają silnej mody. Co najwyżej pojedyncze nazwiska. Powiem szczerze, że czasami mam wrażenie, że co prawda odzyskaliśmy wolność polityczną, ale przez te ostatnie 25 lat zaprzedaliśmy wolność w sferze kultury. Kto wie czy nie bardziej niż za PRL-u.

Ale przypominam sobie, że przecież wtedy wszyscy kochali Antkowiaka…

No tak, był Antkowiak, była Grażyna Hase, Barbara Hoff, Bernard Ford Hanaoka, którego już nikt nie pamięta, a który robił modę męską.

A potem, nastały lata wolności i pojawił się Arkadius. Artysta!

No, tak. To świetny projektant. Ale co się z nim stało? Choć podobno wraca do mody z nową marką. Proponuję obejrzeć jego dawne kolekcje. Są zjawiskowe. Ale jak próbował rozkręcić – uwaga! – biznes w Polsce, uznany został za dziwaka. A co z Kasią Szczotarską, która nie może znaleźć tu sobie miejsca? A przecież pracowała z Martinem Margielą, a jej autorskie projekty znajdują się w stałej ekspozycji Victoria & Albert Museum. Jest nieprawdopodobnie utalentowana. Niedawno zrobiła świetną, światową kolekcję dla Deni Cler i co? Możliwe jednak, że Polska to nie jest kraj dla mody. Ale nie chcę tak myśleć.

Ale ty kształcisz międzynarodowych projektantów.

Moda to nie jest lokalny targ śniadaniowy. Moda jest międzynarodowa. Ale szkołę robię w Warszawie i chciałbym, żeby Warszawa stała się silnym ośrodkiem edukacji projektowej również w dziedzinie mody.”

„Kto z was jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci w nią kamieniem”

„Czasami mi się wydaje, że na tego typu pokazach wszyscy się zachwycają bo tak wypada, bo to przecież Baczyńska itp. a w rzeczywistości nie pokazała niczego odkrywczego ani technicznie świetnego.”

„No cóż. Jak się będzie mówiło , że projekty Baczyńskiej są piękne , to w końcu ktoś może uwierzy , że to prawda. Ale jak się popatrzy na Baczyńską to trudno w jakiekolwiek piękno uwierzyć.”

Specjalistom ze średniej półki, za popis, serdecznie dziękuję.

W ubiegły poniedziałek, 23 czerwca, na warszawskiej Pradze, tuż przy atelier Szefowej, odbył się pokaz mody jesienno-zimowej kolekcji 2014|15, autorstwa Gosi Baczyńskiej.

_X0A4830

Rynek (fashion) musi odpowiadać na potrzeby Klientów. W Polsce działa on „na odwrót”, tak jakby po złości.
Sklepy partnerskie realizują wyśrubowane targety sprzedażowe, zamawiają fragmenty kolekcji, które wg właścicieli- przyjmą się. Również sieciówki nie prezentują pełnego asortymentu, a tylko „opłacalną” cześć.
„Fast fashions”- nagle się pojawiają, jeszcze szybciej znikają, jednakże duch naszych czasów, ZARA, napędza koniunkturę.
Polscy designers to inna sprawa. Tworzą to, co chcą. I tylko część projektantów- zna się naprawdę na fachu. Projektuje, konstruuje, poprawia i jest z Klientem „za Pan brat”.
A Gosia Baczyńska? To są  według „naszych” – „koszmarne” modele, „wstrętne”, jakby nasza atrakcyjność fizyczna była wprost proporcjonalna do talentu, przywołując „(…) ona sama powinna zadbać o swój wygląd”.
Doskonale pamiętam zeszłoroczne zajęcia z Panią Paola Russo, która wykłada Marketing Mody na wiodącej prym, włoskiej Uczelni, POLIMODA. Zupełnie niepozorna kobieta, „out of popular styles”, dla której „fashion is boring”, a jednak nieustannie jest rozchwytywana.

Nikczemnie wtrącam, że w ostatnim czasie, szlifuję swój fach.
Przeobrażam się i Czytelnikowi pragnę dać więcej aniżeli zwięzłą, tematyczną recenzję. Chcę pisać, a i edukować. Warto znać historię, wiedzieć coś więcej nt. projektu, a następnie głośno wyrażać swoje zdanie, bowiem „Ta sukienka jest okropna!” z estetycznego punktu widzenia Miss- nie ma żadnej wartości, tylko jest prawdą najświętszą dla samego autora.

Gosia Baczyńska, zeszło-tygodniową kolekcję zaprezentowała już w lutym podczas Paris Fashion Week., w idealnie dobranym miejscu- Francuska Akademia Sztuk Pięknych. Przypadek? Niezupełnie.
Dla naszej Rodaczki, kobiety, która ciężką pracą i talentem- zasłużyła na takie wyróżnienie, to był już drugi pokaz w Jej dotychczasowej karierze.

Inspiracją do stworzenia kolekcji była fotografia Józefa Cyrankiewicza, ówczesnego premiera Polskiej Republiki Ludowej, który gościł towarzysza, Wiktora Lebiediew- w latach 1945-51, ambasadora ZSRR w Polszcze. Gdzieś indziej doczytałam, że jest to „bardzo osobista opowieść rodzinna. Opowieść o ludziach gnanych przez historię.”
Kolekcja jest spójna, ponieważ Gosia nie zaskakuje, nie jest też przewidywalna, a po raz n-ty chwali „dobrym” gustem.
W modelach przewijają się stałe elementy: kołnierze, pagony, ordery. Faktury w oryginalnych połączeniach z koronką. Mamy do dyspozycji standardowe kroje sukienek „do kolan”, maxi długości, mini wersje. Narzuty są laserowo cięte, skórzany płaszcz i przeze mnie wysoce odznaczona- kurtka.

gosia-baczynska-jesien-zima-2014-2015-fot-imaxtree

gosia baczynska pokaz kolekcja jesien zima 2014 2015 paris fashion week lamode _16_

gosia-baczynska-jesien-zima-2014-2015-fot-imaxtree (1)

gosia baczynska pokaz kolekcja jesien zima 2014 2015 paris fashion week lamode _1_

Pojawiają się sety, total looks, jak również seksowne sukienki, których blask „bije” po oczach.

gosia-baczynska-jesien-zima-2014-2015-fot-imaxtree (7)

Przewiewne czarne koszule, zapożyczone z szafy mężczyzny, perełka „wysokich lotów”- długa, biała suknia czy fioletowe przepasane spódnice. Rzadkim okazem jest sukienka w kolorze nude, czy butelkowa zieleń obszyta złotymi nićmi.

gosia baczynska pokaz kolekcja jesien zima 2014 2015 paris fashion week lamode _12_

gosia baczynska pokaz kolekcja jesien zima 2014 2015 paris fashion week lamode _11_

gosia-baczynska-jesien-zima-2014-2015-fot-imaxtree (3)

Kolekcja choć jest „wojskowa”, to daleka od „military glam look”.

Ciekawe widowisko, niecodzienna aranżacja, a kolekcja dla świadomych swojego piękna kobiet.

Pozdrawiam,
Alicja Szablewska

Źródło: materiały prasowe.

Just Paul… Be unique!

Niby nic, a tak to się zaczęło.

Pozory mylą. Polski rynek fashion ma wciąż sporo do zaoferowania. Mały poziom nasycenia, niska penetracja. Atrakcyjność jest w cenie. I dobrą robotę wykonały Panie, Justyna Juszczyk – Grupińska & Paula Gryzel Olechowska, w roku 2012, zakładając skromną z pozoru marką „JUST PAUL”.

1229837_419345091503336_1559975041_nStosunkowo niepewny start. Opóźnienia wynikające z otwarcia sklepu on-line, jednakże drogie Panie szybko się uczą i swoje błędy wynagrodziły wyjątkowymi projektami.
Jasno i rzeczowo określiły dla kogo tworzą. Oczekują klientek pewnych siebie, świadomych swojego piękna, zmysłowych i wymagających. To nie jest problem. Oferują ekskluzywność- modele ubrań dostępne są w pojedynczych egzemplarzach oraz wysoką jakość materiałów- jedwab, wełna, dzianina. Marka broni się przed masowym rynkiem.

205395_355492187888627_610503155_nPrzygotowując dedykowany wpis, przeglądając look book, zaskoczyła mnie różnorodna gama produktów. W opisie marki są to sukienki & tuniki, natomiast linia to także koszulki typu t-shirt, „bokserka”, long-sleeve, swetry, narzuty, spodnie, a także indywidualne projekty pod zamówienie. To jednak nie wszystko, drodzy Państwo.

68622_470536443050867_747294644_n

1452554_449142041856974_850345075_n

10177929_516925551745289_2876119722824805275_n

734381_328129013958278_1949057957_nMarka pragnie być „in style”,  zatem przygotowuje gotowe „total look” rozwiązania, chętnie pojawia się na salonach, a także współpracuje z inną „hot” polską marką obuwniczą- Loft 37. Pojawiło się kilka modeli buta- sportowy, botek oraz hippie obszyty frędzlem, a także produkt zupełnie „out of context” – szal.

10276004_519116374859540_3809511680955205782_n
Garment- to tylko jedna strona medalu, natomiast oryginalne wykorzystanie trendów- również działa na (ich) „plus”.
Panie troszczą się o swoje klientki, wykonując projekty dziewczęce (falbaniaste mini spódniczki), posiłkując się koronką, maxi spódnice lub boho chic sukienki. Często pojawiają się gołe plecy, wycięcia lub przezroczystości. Są to kreacje na wyjście lub zupełnie odmienne- sportowe, na luzie, codzienne. Jest minimalistycznie, over-sizeowo, nieprzeciętnie. I cena nie jest wygórowana, w granicach od 200,0 – 400,0 zł. za sztukę ubrania.
Kolory są zupełnie standardowe- biel, granat, czasami czerwień, rzadko czerń i często à la polarowy, szary (wg gustu), kończąc na różu, beżowym, pomarańczowym lub desenie.

10306645_537463249691519_1127224460140367543_n

10289871_521507201287124_6704175508150234778_n

10423921_533498016754709_8517467528368847846_n

10431475_527282220709622_6336441346040821786_n
Pojawił się model eksperymentalny- męski long-sleeve. I myślę, że to może być dobre posunięcie w rozwoju twórczości polskiego brand’u, ponieważ i męska część populacji jest coraz bardziej świadoma, że ubiór wyraża siebie.

1453384_452260174878494_2137454236_nPatrząc na zwięzłą publikację, Czytający może pomyśleć, że jest to marka uniwersalna, ponieważ dot. konkretnej części społeczeństwa, a także- każdy z nas znajdzie „coś” dla siebie.
Przestrzegam jednak, że pojęcie marki uniwersalnej nie istnieje, ponieważ dla przykładu „JUST PAUL” ma wypracowany profil Klienta (od-do), jak również jest skoncentrowana na określonych potrzebach odbiorców.

Cieszy mnie rozwój naszego rynku i chętnie będę wspierać lokalne marki.

Powodzenia na zaś,
Alicja Szablewska

Źródło: materiały prasowe.

„Olga Passia Design to klasyczna elegancja z posypką szaleństwa.”

Nowa projektantka, nowa postać na polskim zbiorowisku modowym, wywołała mieszane uczucia.

W moim fachu, trudno być obiektywną osobą (pisarką).
Nie jestem wylewna, nie chwalę na pokaz, często (z rozmachem) krytykuję.
Spełniam prośby znajomych i piszę dla nich, bądź o nich.
I tym razem nie odmówiłam, choć powinnam (była) zastanowić się, zanim spełniłam czyjeś życzenie.

Obejrzałam stronę, przeczytałam wszystko i podejmuję się wyzwania- piszę.

Pani Olga jest rozgarnięta. Wykształcona kobieta, obeznana. Z bagażem przebytych podróży na plecach.
Dokładnie wie, jaką kobietę chce ubierać.
Przemyślała sprawę i stworzyła koncept „Olga Passia Design„.
Świetne posunięcie, niczym idealny biznesplan. I winszuję mądrym przemyśleniom.

Nie wiem jak sprawa mojego pisania potoczy się dalej.
Tymczasem, kolekcja „Carré”, tudzież nazywana „premierową” zaskakuje mnie i zaskoczy Was.

3Kilkanaście modeli dla zmiennej kobiety, „ceniącej połączenie ponadczasowej klasyki z oryginalną formą”.
Swoje ubrania, swoją twórczość kieruje do (według mnie) „walecznych” Dam.
One nie boją się piękna, pokażą innym miejsce w szeregu, czy dynamicznie przeobrażą się, w znaczeniu zmienią się, bo jak dowodzi Projektantka „Moda to fascynacja zmianą”.
I nieustannie podtrzymuje wypowiedziane słowa, że „przeistaczanie” (a chciałabym rzec, że „wariancja”), to „kotwica” którą przedstawia i kurczowo trzyma się.

Pierwsza kolekcja jest „spójna inaczej”, tchnięta czworobokiem.
To również kosmopolityczne doświadczenie Madame Olgi, które zaczyna przenikać jako motyw przewodni.

Tak od razu, wita mnie oranż. Fajny kolor, idealny na lato. Wpisuje się w modę.
Martwią mnie długości (z dołu na górę), rękawy nie w deseń i inspiracja – element – wielokąt, który musi być obecny.

Amelie cała sylwetka
Następnie, coś co ja lubię. Dwa połączenia, dwa kolory, dwie materie.
Granat nigdy nie zostanie okrzyknięty klasykiem (termin zarezerwowany dla formy), a tutaj Miss Projektantka idzie równolegle z byciem „fashionable”.
Widzę spodnie i odchodzę od recenzji. Zapytam wprost, bo nie mam czasu.
Kupujemy czy odrzucamy?

bluzka Chloe granat i spodnie Lea

Plusem kolekcji jest jeden ciąg. Pani Olga wyznaczyła „styl” z którego nie rezygnuje.

Natomiast Audrey Hepburn nie pogniewałaby się, bo ją tu widzę. I to nie jest banalną kopią, tylko „Projektant to osoba, która odświeża to, co już było”, opierając się na skończonej ilości atrybutów.
Któraś z kolei wzmianka – dzwony, choć nie widziałam ich na „ścianie inspiracji”.

bluzka i spodnie Pierette (len z bawełną)Poczułam się jak Maria Antonina, w atłasie & różową wstążką.

Malvine
Sprawnie przeglądam projekty i widzę „chic”- długą spódnicę, o formie litery A, zaakcentowanej „uniwersalnym detalem”, o soczystej zielonej barwie, z metalicznym połyskiem. Takie „uniwersum”, może moja perełka?
Albo „złoty środek” dylematów Gizeli biznesu?

spódnica Colette

To, co zdecydowanie do mnie nie przemawia, to poniższa bluzka. Szukałabym okazji, aby ją ubrać, aniżeli przypasować ją do wyjścia.

Moda zarysowana jest dziesięcioletnim cyklem. Aktualnie, odchodzimy od „slim”, przylegających ubrań, kierujemy się w stronę „oversize”, i to może być Jej bądź jej(?) wytłumaczenie?

bluzka Delphine
Hitem jest płaszcz. I na płaszczu kończę, bo przypiszę sobie laur, że „dobrego pisarza poznaje się po tym jak kończy, a nie jak zaczyna.”

Płaszcz Zoe
Żegnam Państwa, natomiast Pani Oldze- życzę powodzenia i będę kibicować nowej, polskiej twórczości.

http://www.olgapassia.com

Alicja Szablewska

Źródło: materiały prasowe.