Wywiad… jakich mało!

Na moim profilu Facebook, udostępniam zapożyczone linki. Większość z nich ma zabarwienie #fashion.
Wczoraj, opinii publicznej podałam wywiad z Panem Januszem Noniewiczem dla lifestyleowego magazynu „The Room„.
Zainteresowanie moich znajomych- zerowe. Moje zdziwienie- nie większe.

Trochę czytam i jestem bardzo wybredna w doborze literatury, jednakże poniższy wywiad (słowo w słowo skopiowany ze strony entertheroom.pl) jest jednym z najlepszych przeczytanych tekstów w tym roku. Przy okazji, pozdrawiam Panią Patrycję Piekutowską & Panią Joannę Bator za słowa, które inspirują.
Sporo tekstu, jednakże zaręczam, że warto.

A może Wy, drodzy Państwo, polecacie wywiad godny naszej uwagi?

Z życzeniami spokojnej nocy,
Alicja Szablewska

Tekst: Maja Chitro

Miley Cyrus mówi mi więcej o świecie niż współczesny teatr – prowokuje. Polonista. Dziennikarz mody. Meloman. Kierownik Katedry Mody na warszawskiej ASP. To będzie długa rozmowa. Ale to jedna z tych, które pamięta się bardzo długo.”

Janusz, zacznijmy od twojego ulubionego tematu: Dziady. Dlaczego, gdy umawialiśmy się na wywiad, poleciłeś mi się przygotować właśnie z Dziadów Mickiewicza? Co masz z nimi wspólnego?

Dziady czytam od 31 lat. To najważniejszy tekst w moim życiu. Czasem mam takie wrażenie, że wszytko, co zrobiłem, a nawet to kim jestem i jaki jestem ma swoje źródło w Dziadach. A jeżeli nie w Dziadach to na pewno w Mickiewiczu. W moim rodzinnym domu poezja Mickiewicza nie ograniczała się do książek stojących na półce. U nas nie tylko cytowało się Mickiewicza, u nas mówiło się Mickiewiczem. Moja rodzina pochodzi dokładnie z tych samych stron, co on. Żyła w tych samych miejscach. Polszczyzna moich rodziców, nie mówiąc już o dziadkach, bliższa była Mickiewiczowi niż temu, co się dzisiaj uznaje za tzw. literacką polszczyznę. Nawet melodia ich języka przypominała frazy z poezji Mickiewicza.

Czasem, dla żartu, jak ktoś mnie się pyta o zawód czy wykształcenie odpowiadam, że jestem dziadologiem. W czasie moich studiów na polonistyce zajmowałem się badaniem recepcji, czyli odbioru Dziadów w XX wieku. Przyglądałem się temu, jak historycy literatury, reżyserzy teatralni, inni literaci odczytują Dziady, jak je rozumieją, co o nich piszą, w jaki sposób je wystawiają, krótko mówiąc: jak je interpretują. A ponieważ, wiem dobrze, że skończyłaś szkołę średnią zanim jeszcze została ona dotknięta reformą, w wyniku której uczniowie poznają literaturę właściwie tylko we fragmentach służących im do testów z tzw. czytania ze zrozumieniem, to mam nadzieję, że przeczytałaś Dziady nie tylko ze zrozumieniem, ale i w całości. Przeczytałaś?

Przeczytane, od deski do deski!

Od deski do deski! Bardzo dobrze. (śmiech)

A ty przeczytałeś je świadomie, bo w twoim domu się o tym mówiło? Czy może sam dojrzałeś do tego, żeby sięgnąć na półkę po tę książkę? Czy pani nauczycielka kazała?

O nie, to nie miało nic wspólnego z nauczycielką. Ja się nie mogłem doczekać, kiedy już je przeczytam. Czytałem, Mickiewicza stopniowo. Od bajek począwszy, przez Ballady i Romanse. Stały u nas na półce Dzieła Mickiewicza i ja wiedziałem, że kolejne etapy mojego życia, dorastania, będą wyznaczały lektury kolejnych jego utworów. Są etapy w życiu człowieka, kiedy wiesz o Mickiewiczu coraz więcej i czytasz go coraz bardziej. Dziady przeczytałem pierwszy raz jak miałem 16 lat.

Ale 16. rok życia to dość wcześnie na takie doświadczenie.

Nie. Mnie się nawet wydaje, że bardzo późno. W pewnym sensie poznałem je parę lat wcześniej. W roku 1981 Teatr Telewizji miał premierę III części Dziadów w reżyserii Jana Kulczyńskiego z młodziutkim Cezarym Morawskim jako Konradem i fenomenalnym Mariuszem Dmochowskim w roli Senatora Nowosilcowa. Niewiele może wtedy zrozumiałem, ale ponieważ to były czasy Solidarności, czasy, w których na co dzień mówiło się o wolności, czułem jakieś niezwykłe emocje, jakieś ogromne napięcie, które we mnie ten spektakl wywołał. Dziś nie pamiętam za dobrze szczegółów tego spektaklu, nie wiem nawet, czy był dobry czy zły, ale nałożył się on na ważny czas historyczny i na ważny czas mojego dojrzewania. Ale tak kiedyś było, że każde pokolenie miało swoje Dziady. Adam Michnik miał swoje Dejmkowe, a ja swoje – telewizyjne (śmiech) (przyp. red. – 30 stycznia 1968 r. w Teatrze Narodowym w Warszawie odbyło się ostatnie przedstawienie Dziadów w reż. Kazimierza Dejmka, zdjętych z afisza przez władze jako „antyradzieckie”. Sprawa Dziadów stała się impulsem studenckich protestów i początkiem Marca ’68). Tych moich historia raczej nie zapamiętała, ale dla mnie ten poniedziałkowy wieczór przed telewizorem w 1981 roku (spektakle teatru telewizji pokazywane były zawsze w poniedziałki) był bardzo ważny.

Ale opowiem ci o jeszcze jednym ważnym dla mnie wieczorze związanym nie z Dziadami, ale oczywiście z Mickiewiczem. Byłem wtedy w piątej klasie podstawówki i musiałem na lekcję polskiego nauczyć się na pamięć Pani Twardowskiej. Siedziałem za biurkiem i wkuwałem tekst i chyba jakoś mi to nie szło, bo zainteresował się tym, co robię mój ojciec. Stanął koło mojego biurka i zaczął recytować z pamięci tekst na moich oczach przemieniając się z ojca w Pana Twardowskiego, z Pana Twardowskiego w narratora –
Mickiewicza, z narratora w Mefistofelesa… Także widzisz, dla mnie Mickiewicz to nie tylko poeta romantyczny, ale to też mój ojciec przechodzący na moich oczach metamorfozy w mickiewiczowskich bohaterów.

Dziady telewizyjne i Dziady pod postacią ojca, który odgrywał mickiewiczowskie sceny to dwa spektakle. Przenieśmy się więc na moment do teatru. Podoba mi się, że jesteś ulepiony z przeciwieństw. Wielokrotnie podczas rozmów padały z naszych ust deklaracje, że nienawidzimy teatru, prawda?

Tak! Nienawidzę współczesnego teatru. Uważam, że teatr miał do powiedzenia bardzo dużo kiedyś, natomiast to, co się stało w teatrze polskim w latach 90. i później, jest dla mnie nieprawdziwe, fałszywe, narcystyczne i egocentryczne. I nie jestem w stanie tego oglądać.

Ale czy nie jest tak, że artyści mają prawo do postawy narcystycznej?

Mają. A ja mam prawo narcyzm jednych lubić, a innych nie lubić. Lubiłem egocentryzm Tadeusza Kantora, bo on pozwalał mi się dowiedzieć o świecie czegoś niezwykle istotnego. On wydobywał ze swego doświadczenia jakąś esencję rzeczywistości, której bez Kantora najprawdopodobniej nigdy bym nie doświadczył. Natomiast współcześni reżyserzy, nawet ci najwięksi mistrzowie jak Krzysztof Warlikowski, nie wspominając już o młodszym pokoleniu, nie mówią mi o świecie nic ponadto, co mogę sam wyczytać w gazetach. Dzisiaj teatr nadyma się nieprawdopodobnie, twierdzi, że mówi o wielkich rzeczach, ale wszystkie te rzeczy zostały już dawno wypowiedziane gdzie indziej.

Nie znosisz teatru, ale uwielbiasz operę…

Nie! Nienawidzę!

Miał być to link do muzyki klasycznej.

Acha, no to dobrze. Jest jedna opera, którą bardzo cenię, właśnie się wybieram na nią do paryskiej Opéra Bastille – a to spory wydatek! (śmiech). Don Giovanni Mozarta. Teraz mnie zapytaj, dlaczego akurat Don Giovanni.

Dlaczego?

Bo w scenie Balu u Senatora w III części Dziadów, rozbrzmiewa muzyka, określona wyraźnie przez Mickiewicza w didaskaliach, tj. menuet z Don Giovanniego Mozarta! Mało tego: Mickiewicz pisze tę scenę ośmiozgłoskowcem (prawie nieobecnym w III części Dziadów) między innymi po to, by rygorystycznie utrzymać ją w rytmie utworu Mozarta!

Ale opery generalnie nie lubię, bo dla mnie zbyt dużo w niej teatru. Ludzie, którzy opanowali teatr dramatyczny, wzięli się też za inscenizacje oper, czego efektem jest ich niepotrzebna, nadmierna teatralizacja. Dla mnie muzyka mówi więcej niż zabiegi reżyserskie. One mnie wkurwiają, męczą, bo często banalizują przekaz zapisany w partyturze. Rozbuchane sceny teatralne zakrzykują tekst muzyczny. Ja operę słyszę w muzyce. Nie cierpię opery jako spektaklu.

A gdzie lubisz słuchać muzyki klasycznej?

W dobrej sali koncertowej. Lubię chodzić na koncerty muzyki klasycznej, więc poznałem wiele dobrych sal koncertowych na świecie.

Jakie miejsce polecasz w Polsce? 

Najczęściej bywam w Filharmonii Warszawskiej, w której najbardziej lubię Salę Kameralną. Ale to raczej ze względów sentymentalnych. Fenomenalne jest studio im. Lutosławskiego na Woronicza – świetne akustycznie. Mam też sentyment do Filharmonii w Krakowie, gdzie, jak wszystkim wiadomo chociażby z felietonów Jerzego Waldorffa, słychać przejeżdżające Zwierzyniecką tramwaje. To ma swój urok. Od paru lat dzięki festiwalowi Actus Humanus odkryłem jako salę koncertową gdański Dwór Artusa. Tam byłem na jednym z najpiękniejszych koncertów w moim życiu, na którym Pierre Hantaï grał Wariacje Goldbergowskie Bacha. Niezwykły koncert. Ale i miejsce do tego niezwykłe. A teraz będę się snobował: najbardziej lubię Salle Pleyel w Paryżu i Concertgebouw w Amsterdamie.

Kiedy wyjeżdżasz na festiwal…

A dlaczego nie mówimy o modzie?

Zaraz do niej przejdziemy. Wracając do wyjazdów – wyjeżdżasz, wynajmujesz mieszkanie. Odcinasz się od wszystkiego. I co? Kontemplujesz? Wzruszasz się?

Nie, nie! Owszem, wieczorami chodzę na koncerty. Popołudniami się do nich przygotowuję, bo nie lubię chodzić na koncerty z marszu. Muszę przypomnieć sobie grane na nim utwory, przywołać inne ich wykonania i interpretacje. Ale w dzień lubię żyć życiem miasta, w którym jestem. Nie poświęcam całego dnia muzyce. Muszę znaleźć kawiarnię na śniadania, muszę znaleźć sklepy, muszę poznać ludzi, muszę wiedzieć, gdzie iść po koncercie, żeby się napić wódki. Lubię przez chwilę poczuć się tych miast mieszkańcem.

Twoje teksty o muzyce są znane. Publikujesz je m.in. w magazynie Monitor

Tak, publikuję. Ale czy są znane – nie sądzę. U nas właściwie prawo do pisania o muzyce mają jedynie fachowcy, muzykolodzy. Ale Kierownik Katedry Mody? Czy nawet pan od Dziadów? Ja się na muzyce nie znam. Po prostu jej słucham. A to co usłyszę, czasem zapisuję w formie tekstów. Bardziej intuicyjnych, impresyjnych. Czasem wydaje mi się, że rozmiar profesjonalizacji w wypowiedziach o muzyce – wypowiedziach, które niezwykle sobie cenię i z których mnóstwo się uczę – może stwarzać wrażenie, że muzyka klasyczna jest tylko dla fachowców. Że jak nie rozumiesz terminów muzycznych, to ni cholery nie zrozumiesz i tej muzyki. A to przecież są również emocje, trafiające do każdego człowieka. Więc ja sobie tak na marginesie, w tym Monitorze, o tych emocjach skrobię.

I piszesz o muzyce poważnej, natomiast wiem, z bardzo pewnych źródeł, że jesteś też fanem Miley Cyrus.  

Miley Cyrus to perfekcyjnie wymyślona bohaterka opartej na mediach kultury współczesnej i niezwykle utalentowana performerka wcielająca się w tę postać. Kiedy oglądam teledyski Miley Cyrus, podziwiam ich zamysł, ich realizację, ich reżyserię. To jest jakaś całościowa wizja świata, w którym żyjemy ukazana przy pomocy środków artystycznych obecnych również w sztuce współczesnej. Zobacz ile płaszczyzn, chociażby na takim poziomie plastycznym ma teledysk do piosenki We Can’t Stop. Jak silnymi znakami się on posługuje. Postać Miley Cyrus mówi mi więcej o świecie niż współczesny teatr.

Dzisiaj przeczytałem wiadomość, że we Francji, nakładem dwóch wielkich wydawnictw, ukazały się dzieła zebrane Arystotelesa. Pomyślałem sobie, że należę do grupy ludzi, która spektakl rozumie tak, jak jest to opisane w Poetyce Arystotelesa. Służy on mianowicie katharsis. Współczesny teatr zbudowany na projekcji obsesji reżysera nie oczyszcza cię z litości i trwogi. Może tę funkcję przejmuje kultura popularna? Może to Miley Cyrus tworzy spektakle, w których mniej lub bardziej obecne jest arystotelewskie katharsis?

Nie bez kozery zaczęliśmy od tej strony, zanim przejdziemy do mody. Mówisz pięknie o literaturze, muzyce, teatrze. No to niespodzianka. Nie wszyscy wiedzą, że przez pewien czas wykonywałeś zawód polonisty. 

Ten „pewien czas” trwał 16 lat. Uczyłem języka polskiego w warszawskich liceach.

I co się później stało? Media zaczęły cię pociągać?

Nie. Media nie porywały mnie nigdy. Po prostu po 16 latach doszedłem do kresu moich możliwości pracy w tym zawodzie. Po pierwsze: zacząłem się starzeć, przekroczyłem 30-tkę, nie chciałem stać się anachronicznym profesorem Bladaczką z Ferdydurke Gombrowicza. Po drugie – praca nauczyciela była nieprawdopodobnie mało płatna, do tego stopnia, że za pensję nauczyciela nie mogłem wynająć mieszkania, zapłacić rachunków itp. Dopóki miałem 20 lat, szedłem do szkoły z poczuciem idei i ta strona materialna mi nie przeszkadzała, ale w końcu w pewnym wieku nie możesz już być młodym ideowcem. Po trzecie – nie podobały mi się zmiany w szkolnictwie i ta neoliberalna próba jego merkantylizacji. Próba zmienienia edukacji w usługę. Pomyślałem – stop. I odszedłem ze szkoły. Powiedziałem: zmieniam swoje życie.

I trafiłeś do mediów. 

To, że trafiłem do mediów to był przypadek. Zrobiłem to z dnia na dzień.

Brzmi trochę nieprawdopodobnie. 

Nikt w to nie wierzył. Trzydziestoparoletni polonista, nauczyciel. W latach 90. to był symbol kogoś, komu się nie udało. Przypomnij sobie film Marka Koterskiego Dzień Świra! Moi koledzy poszli do mediów, firm PR, agencji reklamowych, trzaskali kasę. A ja byłem nauczycielem!

Trafiłeś do mediów i pracowałeś w największych tytułach. 

Zacząłem pracę od niszowego tytułu, A4. Trafiłem więc do dziwnego czasopisma, a potem rzeczywiście poszedłem do mediów komercyjnych. Pomyślałem, że nie będę wiedział zbyt wiele o mediach, jeśli nie poznam co to mainstream. Przeszedłem przez prawie wszystkie kolorówki w tym mieście.

I zawsze miałeś odpowiedzialne, wysokie stanowiska.

Najczęściej pracowałem jako sekretarz redakcji. Sekretarz redakcji musi o czasopiśmie wiedzieć wszytko. I musi być obecny na każdym etapie jego powstawania: od pomysłów po produkcję.

Po powrocie do niszy zaczął się w twoim życiu bardzo ważny etap. Zająłeś się modą. Bo już wcześniej oczywiście publikowałeś o modzie…

Zacząłem pisać o modzie w A4.

No właśnie. Jak to się dzieje, że polonista, meloman, trafia do świata mediów, w paszczę najbrutalniejszego światka mody, a dziś jest jednym z najważniejszych dziennikarzy modowych w kraju?

W A4, które było magazynem modowym, pracowałem jako… sekretarz redakcji. A zadaniem sekretarza redakcji jest: nie wierzyć nikomu i wszystko sprawdzać. Redagując teksty, zainteresowałem się tymi historiami, często zupełnie dla mnie nowymi. Historiami pasjonującymi, bo A4, nie będąc magazynem komercyjnym, pisało o modzie konceptualnej, o modzie awangardowej, o modzie, która była niczym mój stary dobry teatr. Zacząłem też sobie przypominać, że w sposób nieuświadomiony moda była obecna i w moim wcześniejszym życiu. Nie jako produkt do kupienia, czy strojenia się, ale jako manifest własnej niezależności. W końcu jeszcze w szkole średniej w latach 80. zostałem usunięty z obowiązkowego pochodu pierwszomajowego za niewłaściwy strój. W liceum byłem krytykowany choćby za to, że przychodziłem w ubraniach wywróconych na lewą stronę.

To był twój osobisty manifest?

Tak, to był jakiś manifest. Tylko ja wtedy nie wiedziałem, że to jest manifest mody. To był manifest niezgody na szkołę, na politykę, na kłamstwa. Wychowałem się w świecie zaangażowanym politycznie. Mój bunt objawiał się w wyglądzie. Kiedyś kupiłem pasiastą piżamę i przerobiłem ją na garnitur. Chodziłem w garniturze, który był pasiakiem! Innym razem sprawiłem sobie bluzę z lśniącej podszewki, z za długimi rękawami, które wyglądały jak rękawy z kaftana bezpieczeństwa. Tak to była młodzieńcza naiwna forma niezgody na świat, w którym żyłem. Ale manifestowała się czymś w rodzaju mody. Przypomnę jednakże, mówię o początku lat 80., więc słowo moda w dzisiejszym rozumieniu nie do końca jest tu na miejscu.

Gdy byłeś zastępcą naczelnego K MAG, zaczął powstawać koncept, o którym nikt nie wiedział. Mowa o pierwszym takim koncepcie szkoły projektowania mody na ASP w Polsce. Miałeś całkiem inny pomysł na program – inne podejście do nauczania mody. Jak powstał? Skąd taka odwaga?

Ale odwaga we mnie, czy w Akademii?

W tobie i w Akademii.

Odwagę miał prof. Jerzy Porębski, który wymyślił, że na warszawskim Wydziale Wzornictwa powinno się znaleźć miejsce na projektowanie mody i przekonał do tego Senat Akademii. To na zamówienie profesora napisałem założenia programowe przyszłej Katedry i przedstawiłem pomysły na ich realizację. W modzie często staramy się zrobić polską wersję czegoś co się sprawdziło na świecie. Pomyślałem, że to zły trop. I zdecydowałem się na koncepcję nie kopiującą sprawdzone światowe wzory, ale wpisującą się w światowe trendy w kształceniu projektowym. Zaproponowałem, żeby zatrudnić projektantów, którzy właśnie skończyli najlepsze uczelnie na świecie. Mieli oni wnieść dwie ważne rzeczy – doświadczenie tamtejszych uczelni i krytyczny dystans wobec nich. Bo doświadczenie człowieka, który właśnie skończył szkołę pozbawione jest idealizacji. Ściągnięcie na stałe międzynarodowej kadry było ewenementem na skalę kraju. Nie wiem, skąd odwaga ASP? Ale myślę, że nawet, jeżeli Akademia miała wątpliwości to ostatecznie rozwiały je nasze tegoroczne pierwsze dyplomy.

Tym bardziej, że w tym roku był to wielki sukces, który przekroczył granice Polski. O pokazie dyplomowym twoich studentów pisały zagraniczne, dobre media. 

Tak. Choć po pokazie dyplomowym bardziej bałem się o reakcje w Polsce. Nasz świat mody jest niezwykle krytyczny wobec tego, co się tu dzieje. Tak naprawdę jesteśmy dla siebie nawzajem nieprawdopodobnie surowi. A za bezwzględną oceną stoją też często wzajemnie animozje czy antypatie, bo świat mody w Polsce jest na tyle mały, że trudno mu się wyzwolić od takiego personalnego spojrzenia. Ostatnio nawet przeczytałem czyjś komentarz na Facebooku do mojego tekstu. Zaczynał się on od słów: „mam w zwyczaju nie zgadzać się z Januszem Noniewiczem”. Rozumiesz! Jak Kaczyński z Tuskiem. Nie zgadzać się ze mną to zwyczaj! Punkt wyjścia. Ja tam nie mam w zwyczaju się z kimś nie zgadzać, dopóki nie usłyszę, co mówi.

Na szczęście jednak – dla mnie, dla Akademii, dla studentów – odbiór naszych dyplomów był bardzo pozytywny. Przyznam, że zależało mi na tym, i że bardzo się z tego cieszę. Nie chciałbym bowiem, by nasi absolwenci byli tu jakimiś dziwakami z Katedry. Chciałbym żeby byli w stanie również w Polsce tworzyć swoją modę, znajdować odbiorców, sympatyków, partnerów. Cieszyć się przychylnością tutejszej prasy.

O opinie prasy światowej bałem się mniej, gdyż na ocenę świata wystawiliśmy się o wiele wcześniej. Nasi studenci po drugim roku odbywają staże w takich markach jak Alexander McQueen, Marc Jacobs, Proenza Schouler, John Galliano, Alexander Wang, Iris van Herpen, Mary Katrantzou. Dostają się na nie na podstawie własnego portfolio, niczego im nie załatwiamy po znajomości, nawet tam, gdzie normalnie nie przyjmuje się na staż przed ukończeniem licencjatu. I to ich obecność na tych stażach buduje od paru lat dobry pozytywny odbiór naszej szkoły na świecie.

Trudno było tu ściągnąć twoich wykładowców? Bo ty za nimi jeździłeś do Antwerpii, Londynu.

Wcześniej obserwowałem, co dzieje się w tamtejszych szkołach. Znałem nazwiska studentów i absolwentów, wiedziałem co robią, znałem ich projekty, stosunek do mody, wizję edukacji. W Antwerpii, Paryżu i Londynie spotkałem się z kilkunastoma osobami. W końcu wybrałem trójkę. Zaproponowałem młodym ludziom pozycję, do której musieliby się tam u siebie dochrapywać latami. Powiedziałem: przyjedźcie do Warszawy i pracujcie. I pracują! Na bardzo dobrym wydziale. Wydział Wzornictwa zajmuje 13. miejsce w światowym rankingu najlepszych wydziałów projektowania.

Skoro pracujesz na ASP, to czym jest dla ciebie moda? To art czy biznes? 

Moda to jest przemysł. Ale w ramach tego przemysłu projektowanie mody może być sztuką. W przemyśle, jakim jest moda, potrzebujemy przedsiębiorców, którzy nie muszą być projektantami i projektantów, którzy nie muszą być przedsiębiorcami. Spójrzmy, kogo zatrudnia i zatrudniała wielka korporacja jaką jest LVMH: Johna Galliano, Marca Jacobsa, Riccardo Tisciego, Phoebe Philo, Humberto Leona i Carol Lim, a ostatnio do marki z ponad stuletnią historią zatrudniono największego obecnie freaka światowej mody JW Andersona. Dlaczego właśnie ich? Może dlatego, że wszyscy są wielkimi artystycznymi osobowościami? A takie osobowości w wielkim przemyśle, jakim jest moda, mogą oznaczać: zysk?

Ucząc projektowania mody na Akademii Sztuk Pięknych staramy się rozwijać artystyczną osobowość naszych studentów. Oczywiście to nie znaczy, że odcinamy ich od przemysłu. Wręcz przeciwnie. Po to są między innymi wspomniane przeze mnie staże, między drugim a trzecim rokiem, żeby jeszcze przed zrobieniem dyplomowej kolekcji studenci poznali reguły światowego biznesu. Żeby dyplom robili już z pełną świadomością i artystycznych, i biznesowych konsekwencji. Tu jest tylko kwestia hierarchii dydaktycznych celów. Nasze kształcenie nastawione jest na sztukę projektową. Gdybyśmy byli szkołą biznesu proporcje w programie nauczania byłyby pewnie odwrócone. Ale nie chcę rozwijać tego tematu, bo nie mogę już słuchać tego oburzania miejscowych specjalistów od krytykowania: „Mój Boże, Noniewicz nie uczy biznesu!”.

A jak się w Polsce robi modę? Jesteś świadomym uczestnikiem tego świata i wiem, że jest tu jakiś potężny problem. Skupione wokół siebie, odgrodzone szczelnym murem środowisko, znajomi znajomych, itd. Baczyńska robi pokazy w Paryżu. No, ale oprócz tego za wiele się nie dzieje, natomiast wszyscy mają bardzo dużo do powiedzenia. W Polsce mamy tysiące speców od mody. Ale moje pytanie brzmi: gdzie jest moda w Polsce?

Moda jest w głowach tych wszystkich ludzi, którzy są nią zafascynowani. W działaniach tych wszystkich, którzy pomimo wszelkich przeciwności projektują, szyją, produkują, sprzedają, kupują i noszą. Oczywiście, tak jak wspomniałaś, moda ma swoje koterie, swoje towarzystwa wzajemnej adoracji i towarzystwa wzajemnej niechęci. Nieszczęściem mody w Polsce jest to, że polaryzuje się ona na zasadzie podobnej do partii politycznych. Ci, co się uważają za modowych patriotów widzą w innych modowych zdrajców.  Dużo zależy od indywidualnej bezczelności. Od tego, jak bardzo jesteś w stanie przekonać innych, że znasz się na modzie.

Jest wiele takich przypadków. 

Za dużo.

A wracając do speców – bardzo trudno mi znaleźć dobre polskie teksty o modzie.

Tak, bo ludzie zamiast powiedzieć: „staramy się”, mówią: „wiemy wszystko, jesteśmy ekspertami”.  Tu nikt z nas nie zna się na modzie, bo skąd ma się znać? Wszyscy posługujemy się tymi narzędziami, w jakie zostaliśmy wyposażeni. Ci, co skończyli historię sztuki wykorzystują narzędzia historyka sztuki, ci po kulturoznawstwie, wykorzystują narzędzia kulturoznawcze. Moje często niezrozumiałe, czasami karykaturalne teksty o modzie wynikają stąd, że posługuję się narzędziami literaturoznawstwa, filozofii, teorii sztuki, które usiłuję dostosować do opisu mody. Jeden może mieć intuicję, inny dobry gust i smak, ale co najgorsze brakuje nam pokory, która kazałaby powiedzieć: „próbujemy”. Za to mamy potworną zarozumiałość. W Polsce przez wiele sezonów odbywał się żenujący wyścig o to, kto zostanie posadzony w pierwszym rzędzie na pokazach. Każdy miał pretensje, żeby w nim zasiąść, bo czuł się ekspertem, na którego opinie czeka cała modowa Polska. Mówienie o modzie wyłącznie przez pryzmat własnego ego nie wnosi do niej nic wartościowego. Wracamy do tego, co mówiliśmy o polskim teatrze, tylko teatr ma więcej szczęścia, bo za teatralnymi lanserami stoi solidna tradycja i wykształcenie, i jakkolwiek krytycznie nie oceniałbym tych lanserów, to oni i tak się wybronią. Z modowymi lanserami już nie jest to takie pewne.

Zagraniczne autorytety branżowe piszą o modzie w niezwykle prosty sposób.

Oczywiście, że tak! Ale oni nie muszą za wszelką cenę udowadniać swoich racji. Ich i tak posadzą w pierwszym rzędzie, więc nie muszą się popisywać. (śmiech)

Mówimy o pierwszych rzędach, dlatego pora na pytanie o festiwale mody. Jakiś czas temu rozmawiałam z Dorotą Koziarą, z którą uznałyśmy, że w Polsce ciężko znaleźć targi designu, albo festiwalu designu na poziomie. Design stał się słowem modnym, a jeśli coś jest modne, rodzi się tendencja do nadużywania terminu. Nie masz takiego wrażenia, że identycznie jest w przypadku mody?

Imprez ze słowem „fashion” w nazwie jest w Polsce zatrzęsienie. Natomiast co do ich wartości? Trudno mi oceniać. Na większości z nich nie bywam. Nigdy na przykład nie byłem na konkursie OFF Kielce, ale obserwując z daleka rozwój tej imprezy wydaje mi się, że radzi sobie całkiem dobrze. Ale ogólnie mam wrażenie, że większość tych imprez załatwia jakieś swoje interesy i w gruncie rzeczy najmniej korzysta na nich moda. Trzeba by się było uważnie przyjrzeć, jakie korzyści przynoszą one projektantom, markom, firmom modowym. Ile konkursów mody dla młodych projektantów nagradza na przykład laureatów istotnymi nagrodami? Na przykład pieniężnymi? Bo tu wszyscy mówią, że projektant powinien być biznesmenem, ale jakoś nikt nie wyrywa się do tego, żeby mu za coś zapłacić.

A cały ten problem z polską modą może być wynikiem dziesiątek lat odseparowania od Zachodu?

Nie wiem, raczej nie. Są kraje w zachodniej Europie, które wcale nie mają silnej mody. Co najwyżej pojedyncze nazwiska. Powiem szczerze, że czasami mam wrażenie, że co prawda odzyskaliśmy wolność polityczną, ale przez te ostatnie 25 lat zaprzedaliśmy wolność w sferze kultury. Kto wie czy nie bardziej niż za PRL-u.

Ale przypominam sobie, że przecież wtedy wszyscy kochali Antkowiaka…

No tak, był Antkowiak, była Grażyna Hase, Barbara Hoff, Bernard Ford Hanaoka, którego już nikt nie pamięta, a który robił modę męską.

A potem, nastały lata wolności i pojawił się Arkadius. Artysta!

No, tak. To świetny projektant. Ale co się z nim stało? Choć podobno wraca do mody z nową marką. Proponuję obejrzeć jego dawne kolekcje. Są zjawiskowe. Ale jak próbował rozkręcić – uwaga! – biznes w Polsce, uznany został za dziwaka. A co z Kasią Szczotarską, która nie może znaleźć tu sobie miejsca? A przecież pracowała z Martinem Margielą, a jej autorskie projekty znajdują się w stałej ekspozycji Victoria & Albert Museum. Jest nieprawdopodobnie utalentowana. Niedawno zrobiła świetną, światową kolekcję dla Deni Cler i co? Możliwe jednak, że Polska to nie jest kraj dla mody. Ale nie chcę tak myśleć.

Ale ty kształcisz międzynarodowych projektantów.

Moda to nie jest lokalny targ śniadaniowy. Moda jest międzynarodowa. Ale szkołę robię w Warszawie i chciałbym, żeby Warszawa stała się silnym ośrodkiem edukacji projektowej również w dziedzinie mody.”

Miłość w trudnych czasach

Kilka dni temu, w kolegiacie św. Anny w Krakowie, przed Panem Bogiem i zebranymi w kościele, piękni oni, Polka & Belg, przysięgli sobie „miłość, wierność i uczciwość małżeńską” w języku miłości. Subtelna ceremonia w baśniowym otoczeniu.
Życzę moim bliskim kompromisów ponad normę, miłości nie tylko „od święta do święta”, a także wzajemnego zrozumienia… na nowej drodze wspólnego życia, jednakże rodzi się wewnętrzna wątpliwość. Czy dla polskiej dziewczyny, która uległa modzie stereotypowej i mężczyzny, który żyje w kraju bez głęboko zakorzenionej tradycji wiązania się „na stałe”, uda im się stworzyć dobry związek pomimo fundamentalnych różnic?
Stara śpiewka mówi, że przeciwieństwa się przyciągają, a po analizie historii kilku kontrowersyjnych związków partnerskich, śmiało ich uznaję za szczęśliwych. Ktoś mądry powiedział, że w roku 2000 zaczął się wiek samotności, a najnowszy Narodowy Spis Powszechny pokazuje, iż w Polsce jest 5.000.000 jednoosobowych gospodarstw domowych. „Oswojone singielki” to kobiety aktywne zawodowo, świadome piękna swojego umysłu & ciała, pasjonatki, którym w życiu „się udało”. Inne „single Ladies” są „na wydaniu”, ponieważ starają się za mało, a magisterium uważają za szczyt swoich możliwości. I jak na złość, ten nieszczęsny cellulit, który jest partnerem „na dobre i złe”.
Mamy jeszcze inną grupę „samotnych” matek… Ktoś (za)rzuci sprzeczność; przepraszam, jak to w życiu bywa. Związek to szaleństwo, jednakże jest obłędem wchodzenie w nowe związki, kto uważa, że „[…] dwa kroki w tył traktuje jako rezygnację z siebie. Stąd przeświadczenie, że z kimś innym będzie mu lepiej i że w każdej chwili może to zmienić”. Już niebawem czeka nas medialny rozwód amerykańskiej wokalistki R&B, Beyoncé Knowles z raperem Jay’em Z. Notabene, oszałamiająca diwa, nie tak dawno temu śpiewała „all we single Ladies”… Podobno, nie dopasowali się w kwestii lojalności- wartość, która dla wielu jest „na wymarciu”. Natalia Kukulska wtóruje, że „wierność jest nuda”, a ja uważam, że jest ona całkiem sexy i dlaczego nie? Dorzucam „namiętność” oraz „dialog”, i serwuję gotowy przepis na sukces w związku. Każda szata ma dwie strony. A czy istnieje wzór na mieszankę wybuchową, „marry old & new”?

Po pierwsze, fundament.

Od dnia narodzin, los Gabrielle Chanel był z góry przesądzony, jednakże ciężką pracą, determinacją i wiarą w osobisty „ideał piękna”, życie Grande Mademoiselle jest legendą i inspiracją dla Karla Lagerfelda, dyrektora artystycznego francuskiego domu mody, który co rusz, od 1983 r., unowocześnia i wprowadza do obiegu oryginalny model biało-czarnych pantofli.
W związku „old & new”, hot wartością jest solidny fundament, który „[…] pogłębił i położył na skale. Gdy przyszła powódź, przedarła się rzeka do owego domu, lecz nie zdołała go poruszyć, bo on dobrze został zbudowany”. W historii mody, szczytem doskonałości jest „klasyk”, określenie którego od blisko 100 lat, używa się w odniesieniu do czegoś ponadczasowego… pary kobiecych szpilek, których narodziny przypisuje się urodzonemu we Włoszech, francuskiemu szewcowi, André Perugia. Dzięki nim, kobiety zostały wyniesione na wyżyny, a przy okazji, zasadniczo zmienił się model postrzegania kobiecości.
W latach 50., „wysokie obcasy” nosiły femme fatale, seksbomby, gwiazdy kina. Ich obecność stała się nieodłącznym elementem kobiecej garderoby, natomiast modę na it buty spopularyzowały marki Roger Vivier lub Salvatore Ferragamo. Według mnie, gwiazdą największego formatu jest Manolo Blahnik, projektant obuwia damskiego, uważany przez wielu za mistrza rodem z epoki renesansu. Inspirują go muzy- kobiety przeszłości, a jedynym ograniczeniem jest wyobraźnia. Dzisiejsza idealistyczna postać, amerykańska pisarka Carrie Bradshow przekonuje, że „[…] buty od Manolo są równie dobre jak seks… a do tego można się nimi cieszyć na dłużej”. Nic dodać, nic ująć, kobiety potrafią łączyć przyjemne z pożytecznym, stare z nowym, tanie z drogim…

Po drugie, zaufanie.

W XXI wieku, romans doświadczonego przez życie mężczyzny z młodszą (nowszej generacji) kochanką nie powinien nas szokować, wszakże, zadaję sobie pytanie, czy w „oswojonych” czasach, w których tak wielu jest ludzi „wolnych duchem i ciałem”, rozwodników lub par żyjących na „kocią łapę”, nasz rozpatrywany związek może istnieć ponad podziałami?
Ludzkie dzieje zniosły mnóstwo zawirowań, od choćby I oraz II wojnę światową. Formujący się świat nie tworzył odrębnej historii, a miał wpływ na kreowaną wówczas modę. W latach 40., za oceanem, pojawiły się pierwsze modele „odzieży praktycznej”, konstruowano kolekcje linii prêt-à-porter, a haute couture nieprzerwanie istnieje od końca XIX w. Do lat 30. XX w., punktem wyjścia dla „najwyższego krawiectwa” był gorset. W roku 1903, pasza Paryża, Paul Poiret, wypromował „linię empire”, która zrewolucjonizowała ówczesny krój sukni. Współczesna forma prezentowanych modeli kolekcji haute couture, również ulega przeobrażeniu. „Stary, dobry” John Galliano odszedł w zapomnienie, a Raf Simons, dyrektor kreatywny domu mody DIOR prezentuje „new look” w autorskim wydaniu. Przewrotność? Według mnie, nie tylko słowna.
Show must go on i kolekcje luksusowego segmentu mody będą tworzone, aczkolwiek w tym, co widzę & czuję, brakuje… polotu. Wschodzącą gwiazdą międzynarodowej areny, która inspiracje czerpie z historycznych strojów, a przez to ją uważa się za „staromodną”, jest rosyjska coutures, Ulyana Sergeenko.
W czasie II wojny światowej, Paryż nie utracił pozycji światowej stolicy mody. Od kilku sezonów, domy mody CHANEL & DIOR prezentują kolekcje demi-couture dla swoich lukratywnych klientów w Szanghaju, natomiast w kwietniu br., włoski dom mody VALENTINO dołączył do ich grona. Maria Grazia Chiuri & Pierpaolo Piccoli, dyrektorzy kreatywni, stworzyli kolekcję łączącą elementy haute couture & prêt-à-porter, z kolei każdy cm kreacji przesiąknięty jest głęboką czerwienią – elementem „marką” domu mody Sor Valentino Garavani. Największe chińskie miasto, Szanghaj, w latach 20. nazywano „Paryżem Wschodu”. Zbieżność? Zupełnie niepozorna.

Po trzecie, wiara.

W latach okupacji, 1914-1918, kluczem do wszystkiego stało się pojęcie „bycia razem”. Tu i teraz, kiedy kryzys goni kryzys, zastanawiam się czy dobrze rokujący duet „old & new” przetrwa w złych czasach?
Elsa Schiaparelli, włoska projektantka „z krwi i kości” najaktywniej współpracowała z teraźniejszymi artystami. W jej ekscentrycznych projektach widoczny jest wpływ surrealizmu i dadaizmu jako odpowiedź na czasy w których przyszło jej tworzyć. W wyniku kolaboracji najsławniejszego hiszpańskiego przedstawiciela nadrealizmu, Salvadora Dalego, a Madame „Awangarda”, na kartach historii zapisała się niebanalna suknia „Lobster dress”, którą nosiła księżna Windsoru, Wallis Simpson.
Viktor Horsting & Rolf Snoeren oferują ubrania „nie z tej bajki”, a na przekór recesji, w roku 2010, marka Viktor & Rolf wypuściła kreacje oparte na idei cięć budżetowych.
Dzisiejszy świat mody i akcesoriów zdominowany jest przez dwa olbrzymie koncerny, LVMH Moët Hennessy – Louis Vuitton oraz Gucci Group, które są całościowym lub większościowym udziałowcem m.in. marek fashion segmentu premium. Nie do zdarcia, jest dom mody CHANEL, który od początku swojego istnienia kreuje własną ścieżkę, a od 1953 r., imperium Coco tworzy rodzina Wertheirmerów. Ich doświadczenie potwierdza, że „co w rodzinie, to nie zginie”, a kryzys? Nie taki straszny jak go malują.

„What’s old is new again”. Związek „marry old & new” przetrwał próbę czasu. Moda się powtarza, a powrót do przeszłości jest postrzegany jako znak naszych czasów. Rozwój technologii, przemiany w społeczeństwie lub kulturze zmieniają pierwotne koncepcje, tworząc nowe wartości.
Lady Gaga nosi kreacje od Worth’a – Charles Frederick Worth jako „pierwszy” otworzył dom mody haute couture w ubiegłym stuleciu. Niegdyś księżna Diana inspirowała kobiety, a dzisiaj Kate Middleton przejęła pałeczkę i jest postrzegana za wyrocznią mody dla płci pięknej.
Diana Marian Murek prowadzi stronę „INTOTHEFASHION.com” – analizuje dzisiejsze trendy & źródło ich pochodzenia. Porównuje modele z bieżących kolekcji marek sieciowych do oryginalnych. Choć czasami zdarza się, że „wielcy świata” inspiruję się przeszłymi projektami domu mody, w którym pracują. „Kreatywni” od VALENTINO, dla kolekcji Jesień/Zima 2014|15 zainspirowali się suknią pochodzącą z kolekcji haute couture „Pure Porcelain” z roku 1968. Przypadek? Niefortunna wpadka.
Inną, świetną robotę, wykonała projektantka biżuterii, Anna Orska. Z początkiem nowego roku, miała miejsce premiera kolekcji „1000 lat w naszyjnikach”, która łączy spuściznę oraz nowatorskie podejście.
Moda to lifestyle, a ubranie jest jej częścią składową. Przykładów na istnienie związku partnerskiego „old & new” jest „od groma”. Wystarczy, że spojrzę na mój dzisiejszy outfit i poranną prasówkę. Ah, są to jeansy, oryginalny model L’evis, #newin, które w ciągłym obiegu są od wieków, natomiast kawą delektuję się od dzieciaka. Pierw „inka”, teraz in popularity jest „na mleku”. Najlepsza komitywa. Niby jestem taka push, a oldschoolowa do bólu, jak widać zresztą.
Model biznesu od Ralph Lauren bazuje na „wyimaginowanej przeszłości”, natomiast dla Nicolasa Ghesquière… ”Historia tego domu mody [BALENCIAGA] jest po prostu niewiarygodna – a to oznacza, że mam w pracy dużą swobodę”. Wypisz, wymaluj, dla kogoś „powrót do korzeni” był punktem wyjścia do stworzenia mistrzowskich kreacji-inspiracji.

Jestem pisarką fashion. Dla mnie, punktem honoru jest bycie obiektywną i nie gołosłowną. Czytelnikowi przekazuję informacje, stąd namnożyłam tak wiele przykładów. Codziennie piszę i od nowa (po)wracam „do postawy”. Zwątpiłam. Czy to już koniec mojej pracy, bo historia zatoczyła krąg i w swoim rozważaniu, jestem przy punkcie pierwszym, fundamencie?
A tak przy okazji, drodzy Państwo, jaką szatę przybraliście na dzisiaj?

Alicja Szablewska

Moja Droga, świat upomni się o Ciebie jeszcze…

Bardzo późną porą, rzutem na taśmę, z myślą o każdej Osobie, która mnie czyta, coś Wam powiem.

To załączone poniżej zdjęcie jest zupełnie niepozorne. Kolejne #streetstyle ujęcie prosto z aktualnie trwającego New York Fashion Week. Jednakże dla mnie, to właśnie Ona jest magiczna. Ją wykadrowałam i ustawiłam na pulpicie mojego komputera, tak aby „IT” uśmiech budził, we mnie życie, każdego, cudownego dnia.
Po drugie, może się mylę, nie jestem pewna mojej interpretacji, za to odważna- jak się patrzy. Wiązanie, kokarda w talii białej bluzki, mnie przypomina ujęcie (słowny psikus, pośpiesznie wyjaśniam, kolejna zbieżność?) z filmu o Yves Saint Laurent. Młody duchem i ciałem projektant, w pierwszym dniu pracy dla domu mody Christian DIOR miał za zadanie zrobić talię w sukni bez rozpruwania jej. Et voilà, udało się. Yves rozerwał materiał, zawiązał dookoła w pasie, i przedstawił światu Miss Kokardę, gdzie old & new łączy się codziennie. Tak i teraz, w dwóch akapitach, dwukrotnie. Mogłabym dodać, że jej inspiracja jest inspiracją rodem z lat 30., kiedy kobiety „przybrały” męską postać (oczywiście, świat mody idzie w parze ze zmianami światopoglądowymi, w kulturze, technologii lub w związku z rodzącą się wojną światową, kiedy strój dopasowuje się do otoczenia). Będę profesjonalna w tym, co robię, dodam również, że kobiety pod koniec XIX w., nosiły już spodnie… tylko do jazdy konnej.
Wracając jednak do ulotnej, teraźniejszej chwili, cwani marketingowcy powiedzieliby o it girl, „(…) Patrz tą, ładnie to sobie wymyśliła”.

Uwielbiam to uczucie, kiedy coś z (historii) mody mnie zaciekawia. Wtedy sobie myślę „(…) Ten świat ma jeszcze sporo do opowiedzenia”. Pojawia się chęć czerpania ze świata więcej i więcej. Rodzi się inspiracja- chęć tworzenia. A ja siedzę i cieszę się „jak to małe dziecko”…
I Bogu dziękuję, że moja inspiracja nie wymaga zakupu nowej sukienki… ;-).

Proszę uszanować moją szczerość lub banalność.

Natomiast Państwu, życzę ciekawego tygodnia,

With love,
Alicja Szablewska

Źródło: vogue.com.
10609538_10152631616357279_2963115765187802912_n